wtorek, 10 listopada 2020

Uczę się żyć bez planów

Powiedziano mi, że będę uczył się przez całe życie... I słowa te spełniły się w pełni.

Najpierw próbowałem nauczyć się żyć z jakimś tam założonym planem. Nauka, praca, dom, rodzina... Kolejne etapy, które miały dać poczucie dobrze realizowanego planu. Ale czy dobrego życia?

Cóż... Życie nauczyło mnie jednak, że nie da się go zaplanować. Nawet jeśli wszystko wcześniej szło jak po sznurku w końcu przyjdzie moment prawdy.

Dla mnie była to droga do rodzicielstwa. Bo tego, że będzie ona trwać aż piętnaście lat nigdy bym sobie nie zaplanował.

Ale te piętnaście lat to też było życie... Trochę dziwne ale życie. Bo, każdy rok był jakby jednak elementem planu... Planu, który zakładał, że może w tym roku się uda.

I udało się. Po latach i nie tak jak to pierwotny plan zakładał... Jak widać Bóg miał inne plany i czekał na naszą gotowość do ich akceptacji. Bo rodzicielstwo adopcyjne to zawsze oznacza gotowość na przyjęcie dziecka "nieplanowanego".... Oczekiwanego, kochanego, ale zupełnie innego niż wszelkie nasze wcześniejsze wyobrażenia o dziecku oraz rodzicielstwie.

Może to doświadczenie sprawiło, że gdy dziś słyszę o tym, że "odpowiedzialne rodzicielstwo" to: dziecko zaplanowane, dziecko wolne od wad, dziecko na miarę oczekiwań... Gdy słyszę takie sformułowania to ogarnia mnie uczucie, że są to pojęcia z jakiegoś obcego mi świata. Świata, w którym są plany ale nie ma otwartości na prawdziwe życie. Życie, które nie chce podporządkować się naszym planom.

I może ta pandemia też jest po to by przypomnieć nam o życiu, które wymyka się spod naszej kontroli. Nie planuję wakacji, nie planuję jak mają wyglądać Święta Bożego Narodzenia, nie tworzę sobie planów na ferie. Uczę się żyć z dnia na dzień i cieszyć tym co każdy dobrze przeżyty dzień mi przynosi.




 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza