wtorek, 9 maja 2017

Karta uodpornienia i kontakt z lekarzem po przysposobieniu dziecka

Gdy zabieraliśmy dzieci z Domu Dziecka poinformowano nas, że w okresie preadopcji (czas między wnioskiem o przysposobienie, a uprawomocnieniem się decyzji sądu) możemy mieć pewne kłopoty, gdyby dzieci zachorowały i zaszła potrzeba skorzystania z porady lekarskiej. Lepiej aby nic się nie działo... Bo w tym czasie nie jesteśmy jeszcze prawnymi opiekunami (nie można np. decydować o leczeniu) i ubezpieczenie dziecka też nie jest z nami związane. Takie niedoróbki w przepisach dotyczących preadopcji. Na szczęście w naszym wypadku czas preadopcji był krótki (tylko miesiąc), a dzieci w tym czasie nie chorowały.
Gdy otrzymałem z Urzędu Stanu Cywilnego (USC) nowe akty urodzenia naszych córek oraz potwierdzenie zmiany numeru pesel natychmiast zgłosiłem poprzez swojego pracodawcę dzieci do ubezpieczenia zdrowotnego. Poszło szybko, miałem tylko wypełnić prosty druk i podać aktualne dane dzieci. A nasz lekarz rodzinny (pierwszego kontaktu) założył dzieciom karty. I w tym momencie pomyślałem, że sprawa opieki medycznej dla naszych dzieci już została załatwiona.
Niestety... Przy następnej wizycie pani z rejestracji w przychodni lekarskiej przypomniała nam o konieczności dostarczenia dokumentu potwierdzającego obowiązkowe szczepienia dzieci (karta uodpornienia). A przyznaję, że w natłoku spraw w ogóle zapomniałem o takim dokumencie. Na szczęście pamiętała Pani z Ośrodka Adopcyjnego. Odebrane przez pracowników OA karty uodpornienia dotarły do na listem poleconym. Niestety były to oryginały z niezmienionymi danymi dzieci (nazwisko, imiona rodziców, nr pesel). Oj sporo było dyskusji w przychodni co z tym fantem zrobić. Bo jak tu przyjąć kartę, w której zawarte dane są już nieaktualne, a ich używanie może być szkodliwe lub nawet niezgodne z prawem?
Eh... Szkoda, że w obowiązujących przepisach jest tyle luk i niedoróbek. Lekarz i pracownicy przychodni właściwie nie wiedzą co w takim wypadku powinni robić. A tak na logikę to wydaje się, że np. nasz lekarz rodzinny powinien mieć prawo (może obowiązek) sporządzenia nowej karty uodpornienia. No i pytanie co ze starą (dotychczasową kartą)?... Bo zniszczyć jej właściwie też nie można.

4 komentarze:

  1. Myślę, że to wszystko zależy przede wszystkim od dobrej woli placówki w której przebywa dziecko. Przy obydwu adopcjach dostaliśmy odpisy kart uodpornienia z pustym miejscem na nazwisko. Pediatra, która wydawała nam karty stwierdziła, że zawsze tak robią, bo wiadomo, że nikt nie chce, by dziecko gdzieś figurowało pod starym nazwiskiem. Myślę, że nawet jeśli przepisy czegoś nie regulują to wystarczy troszkę dobrej woli, ludzkiej życzliwości i wyobraźni.
    Spotkałam się potem z sytuacją, że pielęgniarka widząc dwa odpisy pomyślała, że oryginały zgubiłam i nie omieszkała przypomnieć mi jak ważne jest to, żeby te karty nie zginęły(pewnie nawet nie przyszło jej do głowy jaka może być przyczyna tego, że miałam takie właśnie karty)
    Pozdrawiam serdecznie

    P.S. Oryginały zostały w domu dziecka. Nigdy ich nie widziałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @izzy
      Witam
      Zgadzam się z Tobą, że wiele zależy od dobrej woli ludzi. Czy widzą problematyczny dokument, czy też dziecko.
      Niemniej adopcja to proces podlegający restrykcjom prawnym i w jego całości należy domagać się by system (państwo) dawał jasne procedury wykonawcze, a nie liczył na pomysłowość i dobrą wolę uczestników tego procesu.

      Wielkie dzięki za komentarz.
      Pozdr
      M

      Usuń
    2. Dokładnie też tak uważam. Nie powinno być tak, że musimy liczyć na ludzką stronę urzędnika. Podam jeszcze jeden przykład. Kiedy adoptowaliśmy pierwszą córkę, na wokandzie w sądzie rodzinnym, gdzie przebywa mnóstwo ludzi, widniały wszystkie dane nasze i dziecka. Pomimo zgłaszania problemu przez pracowników ośrodka już wcześniej, nic nie zmieniono. Karta uodpornienia trafia do nas, a takie dane wiszą tam przez ileś minut czy też godzin i każdy, dosłownie każdy ma do tego dostęp. W sekretariacie tłumaczono nam, że takie mają przepisy, że te informacje muszą być wywieszone (tak jakby nie można było podać nazwiska opiekuna prawnego) Przy drugiej adopcji już taka sytuacja się nie powtórzyła, więc coś się zmieniło, ale sam fakt, że przez długi czas miało to miejsce dla mnie jest oburzający. Gdzie przepisy, gdzie wyobraźnia urzędników? Chyba czegoś zabrakło.
      pzdr.

      Usuń
    3. @izzy
      Też trochę się obawiałem jak będzie wyglądać wpis na wokandzie podczas naszej sprawy. Ale okazało się, że są tylko inicjały i nr sprawy. Tak wyglądały wszystkie wpisy dotyczące przysposobienia (grudzień 2016).
      Przepisy sprecyzowano afair po tym jak jeden z sądów przypadkiem ujawnił dane ofiary przemocy w rodzinie.
      Pozdrawiam
      M

      Usuń