środa, 30 października 2019

Alkoholizm i rozpijanie młodzieży. Zaraza gorsza od tęczowej

Słucham w nocy radia i co słyszę?...
W Gorzowie Wielkopolskim pogotowie "zwinęło" z placu zabaw nieprzytomną 11-letnią dziewczynkę. I nie był to wypadek... We krwi dziecka (jak teraz mogę doczytać) było 1,5 prom. alkoholu (tak podaje GW).
W pierwszym odruchu chciałoby się powiedzieć: ale patologia. Albo: ale patologia w tym Gorzowie...
Ale zaraz, zaraz... Nie uwierzę, że to dziecko samo kupiło alkohol. Więcej... Nie chce mi się wierzyć, że w ogóle ktoś mógłby 11-stolatce sprzedać alkohol.
Tę dziewczynkę ktoś po prostu upił (dopuścił się przestępstwa) lub pozostawił alkohol w miejscu dostępnym dla dziecka (zaniedbanie).
I nie czarujmy się... Takie wypadki zdarzają się nie tylko w Gorzowie Wielkopolskim.


Ale czy ktoś się tym przejmie?


Bo moim zdaniem o wpływie spożywania alkoholu przez młodych powinniśmy mówić równie mocno jak podczas dyskusji o tzw edukacji seksualnej.
Bo ta "edukacja" w ogóle będzie niepotrzebna (a właściwie g*wno warta) jeśli młodzi ludzie nie będą świadomi jakim zagrożeniem dla nich jest spożywanie (nawet nie nadużywanie) alkoholu. Ta "edukacja" nic nie da jeśli nadal wśród młodych ludzi będzie rozszerzać się moda na melanże, a alkohol będzie dla nich łatwo dostępny.
Bo nie czarujmy się... Do większość przypadkowych i ryzykownych zachowań seksualnych dochodzi wśród ludzi, którzy wcześniej pili alkohol.
Edukacja o antykoncepcji... Beczka śmiechu. Po paru głębszych i mocnym rozgrzaniu nikt już nie będzie pamiętał o tym co było na lekcji w szkole.
A później co? Dzieciaki "wyedukowane" a wskaźniki przypadkowych ciąż i tak rosną...
Czy nie tak jest przypadkiem w UK?


Cóż... Kiedyś takie sprawy imo w wystarczający sposób regulował obyczaj. Po prostu kiedyś nie było przyzwolenia na picie przez osoby młode. A w szczególny sposób były przed tym chronione młode kobiety...
Tak. Tak właśnie uważam. Że ten tradycyjny brak akceptacji dla picia przez młode kobiety był czymś dobrym. Że w gruncie rzeczy służył ochronie młodych dziewcząt/młodych kobiet przed złymi skutkami picia.
A dziś co mamy?
Mamy wręcz przyzwolenie na "równouprawnienie" w spożyciu alkoholu. Dziś już nie dziwi nikogo pijana kobieta, która snuje się lub zatacza po ulicy.
A jakie później są tego efekty?
W Polsce rodzi się więcej dzieci dotkniętych Alkoholowym Zespołem Płodowym (FAS) niż dzieci z zespołem Downa.

piątek, 25 października 2019

Eutanazja ze względów społecznych

W serwisie Salon24 pan Paweł Jędrzejewski napisał bardzo intrygujący tekst o tym, że Eutanazja to oszustwo. Bo owszem, nie ma żadnego moralnie dopuszczalnego uzasadnienia dla stosowania eutanazji wobec nieuleczalnie chorych. Medycyna ma skuteczne metody walki z bólem. Żyjemy w społeczeństwie na tyle zasobnym i "cywilizowanym", że potrafimy zorganizować dobrze funkcjonującą, instytucjonalną opiekę paliatywną.
Ale jest pewien rodzaj bólu, na który środki farmakologiczne nie poradzą i nawet najczulsze ręce zawodowego opiekuna go nie złagodzą.
To ból ludzi, którzy w godzinie próby zostali opuszczeni przez najbliższych. Ludzi, którzy oprócz dolegliwości wynikających z chorób cierpią z powodu poczucia, że zostali porzuceni, że dla najbliższych są już niepotrzebni.
Tak cierpią starcy podrzucani "na święta" do szpitali. Tak cierpią pensjonariusze domów opieki, których nikt już nie odwiedza. Tak, cierpią dzieci porzucone przez rodziców i zamknięte w specjalistycznych placówkach opiekuńczo-wychowawczych.
A każde cierpienie w samotności i poczuciu braku sensu dalszego życia będzie koszmarem.
Dlatego coraz częściej myślę, że ci którzy domagają się prawa do eutanazji robią to ze względów społecznych. Dokładnie tak samo jak ci, którzy chcą z tych samych względów aborcji na żądanie.
Bo jak tu żyć ze świadomością, że gdzieś tam jest ojciec lub matka, których porzuciłem z powodu ich choroby i starości?
Jak tu żyć ze świadomością, że gdzieś wegetuje dziecko, które zostało przez nas porzucone z powodu wrodzonego kalectwa?
Może lepiej zabić?
Zabić aby nie myśleć o nich. Nie myśleć, że gdzieś tam są i cierpią z naszego powodu.
Tylko, że to domaganie się "prawa do eutanazji" jest równocześnie sygnałem, że w naszym bogatym i "cywilizowanym" społeczeństwie ludzie nieuleczalnie chorzy są po prostu niepotrzebni.



wtorek, 22 października 2019

Dziecięca modlitwa do Matki Bożej Różańcowej

Młodsza córka (8 lat) dostała jako zadanie z religii napisać swoja modlitwę do Matki Bożej Różańcowej.
Matko Boża Różańcowa proszę Cię o:
O zdrowie dla praBadci
O miłość dla całej rodziny
O to rżebym się nigdnie rostała z moimi rodzicami.

Kilka słów od dziecka skierowanych do Matki. Matki, która zrozumie nawet mimo problemów z zapisaniem słów. Słów, które mówią o tym co jest naprawdę ważne dla dziecka.

Słów, które mówią nam też o tym czym dla dziecka jest utrata rodziców.

sobota, 19 października 2019

Edukujmy rodziców. Dzieci edukację już mają

W serwisie salon24.pl (i nie tylko) trwa dyskusja na temat celowości wprowadzania do szkół "edukacji seksualnej". Tylko problem w tym, że... dzieci edukację już mają zapewnioną. Mają edukację matematyczną, polonistyczną, historyczną (tu imo za mało)... Mają też lekcje z biologii i przedmiot o nazwie Wychowanie do życia w rodzinie... Tak. Taki przedmiot już może być wprowadzany do szkół i nic złego się nie dzieje... Część zajęć jest wspólna dla dziewcząt i chłopców, a część w grupach... Oddzielnie dziewczęta, oddzielnie chłopcy. I jeśli te zajęcia są dobrze prowadzone i dzieci mogą od wychowawcy dowiedzieć się o tym, że dorastają, a ich ciało oraz psychika się zmienia to... Nie ma w tym nic złego.
Problem natomiast jest w tym, że wielu rodziców nie potrafi, nie umie lub co gorsze... nie chce rozmawiać z dzieckiem na jakikolwiek drażliwy temat. I  wcale nie musi to dotyczyć sprawy tak poważnej jak odpowiedź na pytanie: Skąd się biorą dzieci?
Znaczna część rodziców notorycznie czuje się przemęczona, przepracowana lub ciągle odczuwa brak czasu potrzebnego na to by zająć się dzieckiem. To oni liczą na to, że szkoła załatwi za nich pracę wychowawczą nad dzieckiem.
Niektórzy nie rozmawiają bo... się wstydzą. I też liczą, że te sprawy załatwi za nich szkoła.
Cóż... Ze swojego doświadczenia mogę napisać, że dzieci potrzebują nie tyle dokładnych odpowiedzi (np. szczegółowych instrukcji) ale by dorośli czasem traktowali ich problemy poważnie i mieli czas na wysłuchanie dziecka. A dziecko takich zdolności oczekuje przede wszystkim od swoich rodziców... Szkoła tej potrzeby im nie zaspokoi.
Dlatego uważam, że większy zysk osiągnęlibyśmy gdyby upowszechnić wśród rodziców chęć do rozwijania własnych kompetencji rodzicielskich. Każdy rodzic powinien imo mieć możliwość skorzystania z kursów, które uczyłyby o tym:
Jak rozmawiać z dziećmi aby nas słuchały. Jak słuchać dzieci aby do nas mówiły...
Takie kursy są organizowane np. przez powiatowe poradnie pedagogiczno-psychologiczne ale imo nic złego by się nie stało jakby były one także organizowane przez szkoły.
A jakby ktoś chciał wiedzieć to w takich kursach uczestniczyłem i uważam, że sporo z nich dobrego wyniosłem.
Więcej na ten temat w notce: Szkoła dla rodziców

środa, 16 października 2019

Patologia na bogato. Wychowanie do nienawiści

Nowocześni liberałowie i piewcy bezrefleksyjnego postępu często w rodzinie z dziećmi widza formę patologii. No chyba, że jest to ich rodzina, ich dziecko...

Bo prawdziwa patologia to przecież bidota głosująca na jakiś PiS i korzystająca z zasiłków takich jak świadczenie wychowawcze z programu Rodzina 500 plus.

Ale co powiedzieć o opiekunie dziecka, który swoim wyczynem wychowawczym postanowił pochwalić się na Twitterze...

https://www.tvp.info/44876586/opiekun-uczy-chlopca-wulgaryzmow-wskazuje-na-prezesa-pis-to-jest-stary-ch

Ja rozumiem, że niektórym frustracja powyborcza nie chce odpuścić ale nakłanianie małego dziecka do wulgarnych wyzwisk pod adresem nielubianego polityka to już przykład zachowań wysoce nagannych.

Jak widać w tle filmu udostępnionego przez tvp info (wersja ocenzurowana - wulgaryzmy wy...piii...kane) nagrania dokonano w domu, który nie wygląda na siedlisko małomiasteczkowych beneficjentów programów społecznych. W tym domu raczej nie mieszka nieporadna życiowo rodzinka, nic nie wskazuje na to, że jest to siedlisko patologicznych alkoholików.

Ale patologia jak widać nie chce dać się ująć w proste ramy. Tu mamy przykład patologii na bogato, może nawet całkiem dobrze wyedukowanej, może nawet dobrze sytuowanej społecznie i finansowo... Patologii będącej wynikiem opanowania człowieka przez chorą nienawiść.

Takie jest oblicze nowoczesnej patologii.

------
A tu reakcja Rzecznika Praw Dziecka

----

czwartek, 3 października 2019

Nie ma dzieci do adopcji bo jest 500 plus. Prawda czy fałsz?

Co jakiś czas na forach poświęconych rodzicielstwu adopcyjnemu, a zwłaszcza w wątkach dla osób oczekujących na adopcję, pojawia się teza, że długie czekanie jest wynikiem braku dzieci do adopcji. A przyczyną tego stanu rzeczy ma być wprowadzenie rządowego programu Rodzina 500 plus.


Co ja o tym myślę...

Prawdą jest, że nie ma dzieci do adopcji bo... brakuje wolnych prawnie. A uwolnienie prawne jest warunkiem koniecznym aby w ogóle można było myśleć o adopcji. Mówiąc wprost... Aby dziecko było wolne prawnie to jego matka i/lub ojciec musi się zrzec praw do niego lub zostać sądownie tych praw pozbawionym

A co do 500 plus i jego wpływu na "liczbę dzieci do adopcji".

Świadczenie to nie przysługuje rodzinie na dziecko wobec którego pozbawiono rodziców władzy i/lub umieszczono je w Rodzinie Zastępczej lub innej całodobowej placówce opiekuńczej.
Tak więc nie można legalnie trzymać potomka w Domu Dziecka lub Rodzinie Zastępczej i jednocześnie pobierać świadczenie 500 plus.
Jeżeli jednak ktoś tak robi to musi się liczyć z konsekwencjami.

Ponieważ liczba dzieci pozostających w opiece zastępczej jakoś nie maleje, to można przypuszczać, że 500 plus jednak nie wpłynęło znacząco na to by rodzice chcieli odzyskiwać swoje dzieci, które umieszczono w placówkach opieki zastępczej.

W 2012 w w placówkach instytucjonalnej pieczy zastępczej przebywało około 19 tys wychowanków. W roku 2017 - około 17 tys. Imo nie jest to jakiś znaczący spadek*. (Dane na podstawie: www.dzieciwpolsce.pl)

No cóż... Trzeba mieć jednak motywację silniejszą niż chrapka na 500 zł co miesiąc z MOPS/GOPS.

Ze statystyk wynika, że spadła głównie ilość adopcji małych dzieci do 1 roku.

W 2013 roku łączna liczba adopcji w Polsce wynosiła około 3500, w tym 810 dzieci do 1 roku życia. W 2017 natomiast ogólna liczba orzeczonych adopcji wyniosła ~2800, w tym 417 dzieci do 1 roku życia. (Dane na podstawie: www.dzieciwpolsce.pl)

Co mogło wpłynąć na mniejszą liczbę adopcji dzieci do 1 roku życia?

A:
Znacząco wydłużyły się procedury związane ze zrzeczeniem się praw do dziecka.

B:
Może mniej matek decyduje się na oddanie dziecka z powodu biedy, z lęku, że nie starczy na pozostałe, wcześniej urodzone dzieci.

Cóż...

Ad A
Na skrócenie procedur to raczej bym nie liczył i to bez względu na to jaka będzie w Polsce władza. Żadna władza nie będzie chciała przypisać sobie łatki tej, która "dzieci odbiera".

Ad B
Co złego w tym, że mniej rodzin decyduje się na oddanie dziecka?

Podsumowując
Raczej nie ma podstaw do tezy, że liczba dzieci do adopcji znacząco spadła z powodu wprowadzenia świadczeń typu 500 plus. Większe znaczenie mogło mieć raczej wydłużenie procedur i przedłużenie czasu, w którym matka może wycofać się z decyzji o oddaniu dziecka do adopcji.


Ps
Jeżeli liczba dzieci w placówkach będzie nadal malała i dane za lata 2018, 2019 pokażą, że spadła poniżej 17 tys. to może będzie można myśleć o jakimś sukcesie polityki prowadzącej do zmniejszenia skali osierocenia społecznego w Polsce.

środa, 2 października 2019

Portret przodka

Jeśli toś ma na tyle lat by jeszcze pamiętać czasy PRL to pamięta też zapewne serial "Czterdziestolatek". A jak pamięta ten serial to w pamięci ma też zapewne odcinek, w którym bohater serialu (inż. Karwowski) po awansie (społecznym oraz zawodowym) decyduje się na remont mieszkania. A ponieważ wkracza też do świata elit PRL (awans na stanowisko dyrektorskie) to i wyremontowane M inżyniera Karwowskiego musi nabrać elitarnego charakteru. Stąd "stylowe" łuki i... portret przodka na ścianie.

kadr z serialu Czterdziestolatek

Sęk w tym, że inż. Karwowski jednak nie posiada tak naprawdę własnych pamiątek rodzinnych. A obraz, który zawisł na ścianie został kupiony w Desie i przedstawia kogoś kogo nasz bohater nawet nie zna.

A wszystko po to aby w mieszkaniu na peerelowskim blokowisku stworzyć namiastkę elitarnej siedziby rodowej.

No właśnie... Piszę o tym tu nie po to aby dogryzać elitom PRL i/lub III RP. Otóż przyjmując do swojej rodziny dziecko, zwłaszcza starsze dziecko, dajemy mu nie tylko miejsce w naszym sercu i kącik w naszym domu. Oddajemy mu także część nasze tożsamości. Dajemy mu babcie, dziadków, ciocie, wujków... Dajemy mu całą naszą rodzinę i nasze historie rodzinne.
Tylko jak to dziecku przekazać by ta otrzymana część naszej historii, naszej tożsamości nie była dla niego jak ten portret przodka w mieszkaniu inż. Karwowskiego?

sobota, 28 września 2019

W Warszawie zabrakło pieniędzy na realizację programu "Rodzina 500 Plus"

Władzom Warszawy  udało się udowodnić, że w kasie pieniędzy na program Rodzina 500+ nie ma i prawdopodobnie też nie będzie. Już nie ma we wrześniu i zapewne zabraknie też w październiku.

Prezydent Trzaskowski pisze w tej sprawie dramatyczny list do premiera Morawieckiego. Dałeś na rurę, daj i na 500+

Dziennikarze Gazety Wyborczej rwą szaty na sobie i włosy z głów... Rząd zapomniał, że nowa edycja programu Rodzina 500+ to także pieniądze na pierwsze dziecko.

Były minister finansów w rządzie PO zaciera ręce: "A nie mówiłem, że piniędzy nie ma i nie będzie".

Wojewoda mazowiecki odpowiada, że pieniądze by były ale... Władze Warszawy źle wyliczyły zapotrzebowanie. Źle oceniły we wnioskach liczbę beneficjentów programu Rodzina 500+ i dostały w dotacjach tyle na ile wnioskowały.

Jaka jest prawda pewnie się nie dowiemy ale... Będzie o czym gadać przed wyborami.

PiS obiecał... PiS nie dał...

Bo, że brakło tylko w Warszawie i to tuż przed wyborami to imo nie jest przypadek.

***
Ps
W poniedziałek 30 września 2019 mija termin składania wniosków o przyznanie świadczenia wychowawczego z rządowego programu Rodzina 500 Plus - z wyrównaniem od 1 lipca 2019. Bo wnioski można nadal będzie składać, ale ktoś kto złoży taki wniosek 1 października już nie otrzyma pieniędzy za lipiec, sierpień i wrzesień.
Nie wiem ilu jeszcze potencjalnych beneficjentów (ile rodzin) nie złożyło wniosków, ale jak ktoś chce jednak otrzymać wyrównanie za wspomniane wcześniej trzy miesiące (1500 zł na jednio dziecko) to ma czas do północy. Oby tylko serwery wytrzymały... Bo w ostatni dzień i po godzinach pracy urzędów wysłanie wniosku drogą elektroniczną może być ostatnią szansą dla tych, którzy jeszcze z jakiś powodów wniosku nie wysłali.

czwartek, 19 września 2019

Handel noworodkami w Polsce trwa PO Staremu

Jak słusznie się oburza bloger Stary (stały publicysta w serwisie Salon24.pl) coś w Polsce funkcjonuje nie tak jak powinno i pilnie potrzebna jest  Dobra Zmiana:
https://www.salon24.pl/u/stary/985932,zamiana
Tak... Dziennikarze Gazety Wyborczej i stacji TVN ujawnili opinii publicznej prawdę. Prawdę o tym, że w naszym kraju funkcjonuje podziemie zajmujące się handlem dziećmi. Że są osoby gotowe kupić dziecko oraz takie, które są gotowe urodzić dziecko na zamówienie.
Jest to dla mnie smutna, a wręcz zatrważająca prawda. Prawda o zjawisku, które nie pojawiło się jednak dopiero teraz. Ten niecny proceder handlu "żywym towarem" trwa w Polsce od lat.
Są ludzie, którzy chcieliby mieć "swoje dziecko" ale z różnych powodów doczekać się go nie mogą. Niestety są też tacy, którzy o to "swoje" gotowi są starać się wszelkimi metodami i nie mają zahamowań, które powstrzymałyby ich przed podjęciem działań niemoralnych i niezgodnych z prawem. I na tym korzystają grupy przestępcze.
Są ludzie, którzy nie chcą przechodzić przez długotrwałą i czasem trudną do zniesienia procedurę adopcyjną (przysposobienie dziecka) w polskich ośrodkach adopcyjnych. Oni chcą mieć pewność, że dziecko dostaną, a nie, że ktoś będzie ich kwalifikował. Oni chcą dostać dziecko takie jakie im się marzy, a nie takie jakie mają ośrodki adopcyjne w "ofercie". Ich nie interesują dzieci po przejściach.... Chcą otrzymać dziecko "nowe", na zamówienie...
Brzmi to jak coś podłego?
Ale taka też jest prawda o ludzkiej naturze i o tym jak czasem może być ona podła.
Ludzie mafii o tym wiedzą i wiedzą jak przedstawić ofertę dla tych, którzy nie mają skrupułów by wejść w przestępczy układ handlu dziećmi.


A jak bloger Stary chce doszukiwać się kontekstu politycznego w nielegalnym handlu dziećmi to niech przyjrzy się temu co PO zafundowała Polsce i Polakom w ostatnich dniach swoich rządów. Niech przyjrzy się temu co PO nakombinowało przy Ustawie o leczeniu niepłodności... To co tam wysmażono na temat "dawstwa" komórek i zarodków to już nie jest furtka do nielegalnego handlu. To szeroko otwarta brama do działań poza prawem.


Więcej o tym co wynika z Ustawy o leczeniu niepłodności napisałem tu:

"Adopcja zarodka" nie ma nic wspólnego z przysposobieniem (adopcją) dziecka

wtorek, 17 września 2019

Handel noworodkami w Polsce podobno kwitnie...

Na stronach portalu gazeta.pl ukazał się artykuł poświęcony problemowi pozaprawnej adopcji i kupowaniu dzieci na zamówienie.

Oto link:
W Polsce kwitnie handel noworodkami

Autorzy artykułu nie podają jaka jest skala tego zjawiska, ile może być takich przypadków "zakupu" dziecka. Jest tylko sugestia, że zjawisko może przybierać skalę wręcz przemysłową.
Dziennikarze chwalą się natomiast tym, że dotarli do kobiet, które w ten sposób "sprzedały" usługę płatnej surogatki.

Z artykułu wynika, że zdesperowani i pozbawieni skrupułów ludzie są w stanie zapłaci nawet 100 tys. zł za dziecko.

***
Cóż... W czasach, w których podobno wszystko już można kupić... Nawet człowiek stał się towarem.

***
Niestety ale jak się prześledzi komentarze pod podanym w linku artykułem to z przerażeniem można stwierdzić, że wielu komentujących nie widzi w tym procederze nic zdrożnego.

sobota, 14 września 2019

Dlaczego Klaudia boi się zostać mamą?

Klaudia jest jeszcze całkiem młodą dziewczyną ale ma już zawodowe osiągnięcia.

Jest fryzjerką. Dobrą fryzjerką... Klientki lubią przychodzić do salonu bo wiedzą, że zajmie się nimi Klaudia.

Właścicielka salonu docenia talent Klaudii. I mimo, że Klaudia oficjalnie zarabia najniższą stawkę (2250 brutto) to przecież szefowa "uczciwie" co miesiąc wręcza jej kopertę z dodatkiem za każda przepracowaną godzinę. Zawsze też dorzuci jakąś nagrodę za efekty... W sumie to w tej kopercie jest zazwyczaj zdecydowanie więcej  niż to co oficjalnie wpływa na konto. Czasem nawet wielokrotnie więcej...

Klaudia i jej koleżanki z zakładu fryzjerskiego właściwie nie powinny narzekać. Nawet chętnie zostają w pracy dodatkową godzinę lub dwie... Szefowa rzetelnie rozlicza się z tych nadgodzin i zwiększa się kwota w kopercie.

Jednak Klaudia ma świadomość, że człowiek w życiu może mieć także inne cele niż tylko poświecenie dla pracy. Coraz częściej w jej głowie pojawia się myśl, marzenie o rodzinie, o dzieciach...

Jednak Klaudia doskonale wie, ze w biurku u szefowej nie ma kopert z napisem: "zasiłek chorobowy" lub "świadczenie macierzyńskie". Klaudia doskonale wie, że jakby co to przysługujące jej świadczenia będą liczone tylko od tego co dostaje oficjalnie na konto. Czyli od tej najniższej...

Na razie Klaudia odkłada decyzje. Może za rok, może za dwa...

Może kiedyś zmieni pracę?

poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Z rodziną na plaży w Dębkach

W tym roku trafiłem z rodziną na plażę w miejscowości Dębki położonej nad Bałtykiem u ujścia rzeki Piaśnicy. I przeżyłem bardzo miłe zaskoczenie...

plaża w Dębkach
Plaża w Dębkach widok z wieży widokowej (godz. 17.04)

Plaża szeroka, pasek drobny, woda czysta, a Bałtyk zadziwiająco ciepły. I z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że trafiłem na plażę przyjazną rodzinie z dziećmi. Czysto, schludnie, bezpiecznie i ceny przystępne dla ojca rodziny.

Plaża niezagracona parawanami, ale też nie ma w pobliżu super ekskluzywnych pensjonatów i/lub dyskotek. Tak więc raczej nie kręci się tu zbyt wielu celebrytów, celebrytek i innych ludzi upadłych. Nikomu nie przeszkadzają dzieci na plaży, ich mamusie i tatusiowie z solidnymi mięśniami piwnymi.

Jest tu też odcinek plaży dostępny oficjalnie także dla psów pod opieką ich właścicieli. A jak się okazuje psiarze i rodziny z dziećmi potrafią koegzystować obok siebie bez zgrzytów i zatargów... Ale może po prostu żadna celebrytka jeszcze psiarzom nie uświadomiła jak niebezpieczna jest obecność dzieci na plaży.

Jest super...

Jak już się znudzi plażowanie to można sobie zafundować spływ kajakiem po Piaśnicy. Rzeką wprost do morza.

ujście rzeki Piaśnicy
Kajakiem wprost na plażę? Czemu nie :) Spływ Paśnicą kończymy na plaży

A przy okazji można pokazać dzieciom gdzie przebiegała w okresie międzywojennym granica między Polską a Niemcami. Bo biegła ona właśnie wzdłuż rzeki Piaśnicy, a Dębki to był najbardziej na zachód wysunięty odcinek ówczesnego polskiego wybrzeża.

piątek, 26 lipca 2019

Paysafecard a bezpieczeństwo dziecka i naszych danych w sieci

Moją starszą córkę powoli odbiera mi społeczność :(
I nie chodzi mi tu o to, że coraz bardziej ważna jest dla niej grupa rówieśnicza.
Niestety nasze dzieci coraz częściej i coraz szybciej odbiera nam społeczność internetowa. I niestety nie da się już całkowicie odciąć dziecka od portali społecznościowych oraz gier online...
Takie czasy.
Tych zmian społecznych nie da się już zatrzymać, a udawanie, że problem nie istnieje lub próba odizolowania się od tego świata (wirtualnych znajomości) nic nie pomoże.

No więc... Moja córka też znalazła sobie taką grę sieciową, która pozwala jej na realizację pewnych swoich pasji i... Na to by mieć też to co inni mają. A podobno wszyscy (ze szkoły) w to grają.

Jednak sama możliwość grania w podstawową wersję gry, w pewnym momencie okazała się niewystarczająca. Moje dziecko zaczęło się domagać aby umożliwić mu pozyskanie "konta VIP" w rzeczonej grze. A takie konto nie jest już za darmo. Tu twórca gry znalazł sobie sposób na wyciągnięcie realnych pieniędzy od graczy.

Chcesz mieć "VIPa" to zapłać...

Cena takiego pakietu VIP niby nie jest wielka. Jakieś kilkanaście złotych za tydzień, ale...
No właśnie dla dorosłego szybko pojawia się jakieś ale. Bo przecież odpowiedzialny człowiek nie będzie w jakiejś grze podawał danych o swojej karcie płatniczej/kredytowej, nie będzie wysyłał smsów premium pod bliżej nieznane numery, ani podawał swoich danych osobowych w formularzach płatności serwisu, o którym właściwie nic nie wie... Nie wie kto nim administruje i jak wykorzystuje pozyskane dane.

Dziecko ogarnięte pasją i chęcią zaspokojenia swojej potrzeby jednak nie będzie mieć takich dylematów. Dać mu możliwość to zacznie wysyłać płatne smsy lub spróbuje wymusić użycie przez rodzica karty płatniczej...

Cóż... Ja mojej córce smsy premium zablokowałem zaraz po tym jak dostała ode mnie telefon. Taki ze mnie tyran... Ale w końcu to ja płacę rachunki. Więc nie mam tu żadnych dylematów.

Sam karty płatniczej nie używam do kupowania "byle czego" w sieci. I nawet płacz dziecka mnie nie zmiękczy... Taki potwór jestem.

Ale aby złagodzić ból dziecka, które koniecznie chce choć na tydzień spróbować nowych funkcji w grze postanowiłem obejść ten problem.

Przez serwis allegro kupiłem kod paysafecard (coś jak karta zdrapka, kod doładowania do telefonu). Taką kartę, kod można kupić też na poczcie lub niektórych sklepach (np. Żabka). Ten kod też pozwala na wykupienie konta w grze ale moja płatność przechodzi już przez zweryfikowany wcześniej serwis aukcyjny, na którym i tak już mam konto.

Poszło... Kod zadziałał.

Teraz będę sprawdzał co dalej zrobi dziecko. Czy nasyci się nowymi opcjami w grze? I przestanie zanudzać o wykupowanie tych dodatkowych funkcji.
Czy też jego żądania będą wręcz narastać?

sobota, 13 lipca 2019

Czy zmiany w przepisach zatrzymają proceder nielegalnych adopcji w Polsce?

W ostatnich dniach pojawiły się informacje o tym, że rząd pracuje nad zmianami, które mają ograniczyć lub wręcz zlikwidować proceder nielegalnych adopcji w Polsce.
A dziennikarze coś bełkoczą o surowszych karach, pokazując swój kompletny brak wiedzy w temacie i zrozumienia.

Otóż proponowane przez rząd zmiany dotyczą art. 211a Kodeksu Karnego, który w dotychczasowej formie brzmiał tak:

Kto, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, zajmuje się organizowaniem adopcji dzieci wbrew przepisom ustawy, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.

I wbrew sugestiom o zaostrzaniu kar akurat ta część wspomnianego przepisu ma pozostać bez zmian. Nadal grożąca kara to ma być: od 3 miesięcy do 5 lat.

Zmiany mają natomiast nastąpić w tej części, która mówi o tym kto podlega krze. Bo obecna forma: "Kto, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, zajmuje się organizowaniem adopcji dzieci wbrew przepisom ustawy, podlega karze..." jest mało precyzyjna i sprawia, że łatwo uniknąć odpowiedzialności za pozaprawną adopcję dziecka.

Zgodnie z proponowanymi zmianami karze podlegałby każdy kto zgadza się na przysposobienie (adopcję) dziecka: „w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej i zatajając ten fakt przed sądem orzekającym w postępowaniu o przysposobienie”, a szczególnie ci, którzy chcieliby osiągnąć taką korzyść "z pominięciem postępowania o przysposobienie".

Czyli...
Ukarani mogliby być też rodzice dziecka/opiekunowie prawni, którzy w celu osiągnięcia wspomnianych wcześniej korzyści zgodzili się na oddanie dziecka do adopcji oraz osoby, które w ten sposób chciałyby przysposobić dziecko.

No tak... W końcu przysposobienie dziecka z pominięciem całego tego magla procedur prawnych i kwalifikacyjnych (OA itd.) to pozaprawne działanie w celu osiągnięcia "korzyści osobistych".

Jak to wpłynie na statystyki adopcji w Polsce?

Nie wiem...

Bo dotychczas udowodnienie organizowania nielegalnych adopcji było bardzo trudne i mało było wyroków skazujących za to przestępstwo.

Ale przy okazji tych propozycji zmian wyszło na jaw, że wg ekspertów opiniujących te zmiany liczba nielegalnych adopcji w Polsce może wynosić nawet 2000 rocznie. Czyli prawie tyle samo co tych legalnych.

środa, 3 lipca 2019

Naród wspaniały, tylko ludzie... marudni. Refleksja nad programem Rodzina 500 Plus

Co maże napisać człowiek, który właśnie wysłał wniosek o przyznanie świadczenia wychowawczego z Programu Rodzina 500 Plus?


Ano napiszę, że jestem zadowolony, nie mam żadnych powodów do narzekania i/lub marudzenia.


Mam dwójkę dzieci, które pojawiły się w moim życiu bo... zawsze tego pragnąłem. Pieniądze z Programu Rodzina 500 Plus nie mają i nie miały na to żadnego wpływu.

Cieszę się natomiast, że dzięki środkom z tego programu będę mógł "zafundować" swojej rodzinie, swoim dzieciom więcej. I to nie tylko tego co można kupić... Mniej mnie ciśnie na dorabianie "paru stówek" więc mam więcej czasu na zajęcie się rodziną i dziećmi.

Same plusy z tego 500 Plus...

Wypełnienie wniosku o 500 Plus dzięki bankowości internetowej zajęło mi niecałe 5 minut. Więcej czasu zajęło odszukanie karteczki z zapisanymi numerami pesel dzieci.

No ale nie byłbym "prawdziwym Polakiem" gdybym przy okazji sobie nie ponarzekał.

Otóż w trakcie wypełniania kolejnego wniosku o Dobry Start coś się popsuło. Firefox (przeglądarka internetowa), którego używam nagle doznał awarii i się sam zamknął... Nosz Q... Ponowne logowanie i... Przecież nic nie straciłem.

Zacząłem jeszcze raz i poszło równie łatwo jak w przypadku wniosku o świadczenie 500 Plus.


Ale moi rodacy to jak mawiał sam Marszałek "Naród wspaniały". W narzekaniu nie ma lepszych.

Nawet jeśli się cieszą, że dostają świadczenie z Programu Rodzina 500 Plus to będą narzekać i marudzić, że... wniosek trzeba co rok wypełniać.

Będą tak narzekać nawet jeśli całe wypełnianie wniosku ograniczono by jedynie do konieczności wciśnięcia "buttonu" [Wyślij]


Narzekali, że Program 500Plus dyskryminuje rodziny z jednym dzieckiem. Mają teraz i na pierwsze i/lub jedyne dziecko...

I co? Też narzekają, marudzą i psioczą...

I jak widzę teksty o tym, że 500 Plus i cała ta presja na wzrost dzietności dyskryminuje bezdzietnych (z wyboru) to myślę, że Pan Marszałek miał całkowitą rację mówiąc:

"Naród wspaniały, tylko ludzie..."

Co zamiast tych trzech kropek wstawić to sami wiecie.

niedziela, 23 czerwca 2019

Czy tata miał kiedyś dziewczynę?

- Tato... A Ty miałeś kiedyś dziewczynę?

Takie poważne pytanie zadała mi dzisiaj córka. Ta starsza... trzynastolatka.

I muszę przyznać, że trochę mnie zaskoczyło to szczere pytanie. Ale postarałem się udzielić w miarę konkretnej i poważnej odpowiedzi:

- Tak. Ale jak miałem 13 lat to raczej można było mówić o "sympatii" niż o "chodzeniu z dziewczyną" tak na poważnie.


Cóż... Przychodzi taki czas, że dorastające dzieci zaczynają się interesować tym jak to jest w relacjach damsko-męskich i nie ma w tym nic dziwnego. Ale ja jakoś poczułem się dziwnie dumny z tego, że moja trzynastoletnia córeczka na tyle ufa swojemu tacie, że potrafi się pytać go o tak "poważne" tematy.

Ładny prezent na Dzień Ojca.  :)

A przecież trzynastolatki (i w ogóle nastolatki) mają wiele poważnych tematów, o których już raczej nie chcą rozmawiać z rodzicami. To taki czas, gdy coraz większy wpływ na dziecko mają rówieśnicy, idole i... szamani z videoblogów.

Tak więc naprawdę czuję, że mogę być zadowolony z tego, że dziecko jeszcze chce ze mną rozmawiać o tak "poważnych" sprawach.

czwartek, 20 czerwca 2019

Milczenie baranów

Zbrodnia dokonana na dziecku zawsze budzi emocje. I zawsze pojawia się chęć ustalenia co było przyczyną tragedii.
Niestety żyjemy też w czasach medialnych... W czasach, w których media nakręcają, a czasem wręcz kreują ludzkie emocje.
Tak właśnie działają media, gdy dostaną możliwość wykorzystania ludzkiej tragedii.

Niestety media na miejscu zbrodni pojawiają się równie szybko jak policja i prokurator. Tyle, że wyroki wdają szybciej niż sądy. Cóż... Taki poziom etyki mamy w mediach.

I jeszcze te wywiady z sąsiadami... Z tej samej klatki, z tego samego bloku, z tej samej wsi...

"Czy w Państwa opinii coś zapowiadało tę tragedię?"

To chyba standardowe pytanie jakie dziennikarz zadaje sąsiadom sprawcy/ofiary.

I odpowiedzi też zazwyczaj są standardowe.
"Nie. Nic nie zapowiadało, że tu może dojść do zbrodni"...

Ale przecież nikt się nie przyzna, że jeśli nawet by coś widział wcześniej to o tak by milczał. Bo tak nakazuje zbiorowa zmowa stada baranów, która mówi, że nie należy mieszać się w... cudze życie.

Dopiero po tragedii, po śmierci można.

I tu barany już nie milczą. Zawsze mają swoje teorie na to co mogło być przyczyną i chętnie się dzielą tymi swoimi teoriami.

Przykładem takiego zachowania jest niestety notka, której autorem jest GenekX:
https://www.salon24.pl/u/genekx/964532,gdyby-jej-matka-do-polski-nie-wrocila-kristina-by-zyla

Autor tej notki niestety stracił szansę na to aby tylko milczeć.

czwartek, 30 maja 2019

On chciał mnie zabić

Beata (Mama Czarodzieja) oraz Karolina (Mama Bąbla) wyrażają na swoich blogach emocje po emisji przez stację TVN reportażu o rodzinie, która odrzuciła adoptowanego syna.

Uwaga TVN. Pozbyli się adoptowanego dziecka

Trudno szanownym blogerkom odmówić racji w tym co piszą o tej sprawie. Ja też jestem w szoku po obejrzeniu tego materiału.
A sposób w jaki dorosła kobieta i dorosły mężczyzna mówią o swoich decyzjach oraz o dziecku, które im powierzono jest zwyczajnie przerażający.

To, że u chłopca pojawiły się problemy psychiczne, że widział jakieś postacie... To w ogóle mnie nie przeraża.
Przeraża mnie natomiast absolutny brak emocji w tym jak "rodzice" mówią o swoim dziecku.

Ale jest tam też więcej dziwnych i przerażających słów.
W zaprezentowanym przez TVN reportażu kobieta mówi, że adoptowany chłopiec chciał ją zabić. Że w ostatniej chwili powstrzymała jego rękę uzbrojoną w nóż...

Cóż... To już chyba było obliczone na wywołanie reakcji u widzów albo jest obrazem tego co działo się w psychice wspomnianej kobiety. Takiego pierwotnego lęku... Że to "obce" (czytaj: nie moje) dziecko będzie chciało mnie zabić.

Naprawdę lepiej by było gdyby ci ludzie nigdy nie spotkali się z dziećmi, które prawnie powierzono pod ich opiekę...

Wiem, że dziecko może doprowadzić rodzica do pasji lub rozpaczy. Moje córki też potrafią mnie rozwścieczyć, a nawet wku*wić (tak to słowo najlepiej oddaje pewien stan emocjonalny). Ale jedyne czego tu bym się bał to tego, że sam mógłbym źle zareagować, nie opanować emocji i... skrzywdzić dziecko.


Niestety prawda jest  brutalna...
Przedstawiona w reportażu historia rodzinna jest niestety koronnym dowodem na to, że dokładna selekcja kandydatów do roli rodziców adopcyjnych oraz ścisłe przestrzeganie związanych z adopcją procedur jest niestety koniecznością.

To wszystko jest obliczone na to by przysposobienie nie kończyło się dramatem. Dramatem kolejny raz porzuconego dziecka.

środa, 29 maja 2019

Procedury Bezpieczeństwa w Szkole. Mój komentarz po zebraniu szkolnym

Szkoły zostały zobowiązane odgórną, ministerialną decyzją do wdrożenia nowych procedur bezpieczeństwa w szkole. Dokument liczy 19 stron tekstu i odnosi się do różnych zagrożeń jakie mogą wystąpić na terenie szkoły. Od zagrożeń cybernetycznych po... atak terrorystyczny.

W praktyce wdrażanie tych procedur jak na razie ogranicza się do zapoznania z nimi grona nauczycielskiego i... pisemnego zobowiązania rodziców, że ci też przeczytają wspomniany dokument.

Już po kilku akapitach tego tekstu orientujemy się jednak, że jest to tak naprawdę dokument wewnętrzny dla szkół i nauczycieli.
Kolejny zestaw procedur, których nikt nie spamięta, a mało kto dokładnie przeczyta. Taki klasyczny dupochron...
Wypadków i innych zagrożeń nie wyeliminujemy ale mamy procedury. I nie mówcie, że nie informowaliśmy Was o tym...
I po to jest ta akcja zbierania podpisów.

A tak przy okazji...
Zebrania szkolne po wprowadzeniu dziennika elektronicznego to właściwie niemal wyłącznie czas poświęcony na zbieranie podpisów.

czwartek, 23 maja 2019

Kap, kap, kap... z sufitu

Z dzieciństwa mam różne wspomnienia związane ze szkołą. Pamiętam np. zimy gdy dzieci siedziały w klasie w kurtkach bo "z powodu braku węgla" temperatura w budynku szkoły spadała do tej jaką zaleca się jako właściwą dla dobrze schłodzonego piwa.
Ale to było w czasach realnego socjalizmu i tzw gospodarki planowej.

Na szczęście radosny/żałosny eksperyment nazywany demokracją ludową i gospodarką socjalistyczną możemy mieć już tylko we wspomnieniach.

I miałem nadzieję, że moje dzieci nie będą miały już takich wspomnień ze szkoły.

A tymczasem...

Dziś zajęcia w szkole mojej córki można było prowadzić pod parasolami.

Dlaczego?

Bo dach przemókł i z sufitów kapała woda deszczowa.

Wiem, że aktualną sytuację pogodową w moim regionie (Małopolska) można już nazwać katastrofalną (podtopienia i ryzyko powodzi) ale sytuacja w szkole to nie efekt intensywnych opadów lecz fuszerki "mistrzów", którzy montowali dach na budynku szkolnym.

Dziś prawdziwych dekarzy już nie ma...

Takie są efekty likwidacji szkolnictwa zawodowego i przekonania, że wszyscy muszą mieć studia.
Za dużo wodzów, za mało Indian.

Pojemniki do łapania wody kapiącej ze szkolnego sufitu.

wtorek, 21 maja 2019

Komórkowy Cham Polski

Kiedyś określenie Cham miało znaczenie raczej społeczne. Oznaczało człowieka podłego stanu, którego Pan miał zazwyczaj w pogardzie.

Ten dawny Cham miał też zapewne w pogardzie Pana ale z tymi swoimi odczuciami raczej się nie ujawniał.

Swoje frustracje dawny cham ujawniał zazwyczaj wśród równych sobie. Pluł pod nogi, wulgarnie przeklinał, a potrzeby fizjologiczne potrafił załatwić nie schodząc z furmanki i to w trakcie jazdy.

***

Dziś takich dawnych Chamów już nie ma... Bo i społeczeństwo jakby "bezklasowe", a furmanki to już naprawdę rzadkość w naszym miejsko-wiejskim krajobrazie.

Współczesny Cham zatem przemieszcza się dziś po drogach innymi furami. A im lepsza fura to czasem (albo zazwyczaj) większy Cham za jej kierownicą.

Ale dzisiejszym Chamom dano nie tylko fury zamiast furmanek. Dano im jeszcze telefony komórkowe...

Tak... Kiedyś Cham mógł opróżnić pęcherz  nie przerywając jazdy furmanką. A dziś może trzymać za kierownicą telefon w łapie i gadać nie przerywając jazdy służbowo-prywatną furą.

I współczesny polski Cham może bez skrępowania (poczucia jakiegokolwiek wstydu) głośno prowadzić swoje chamskie rozmowy w miejscach publicznych. Może głośno przeklinać i puszczać w przestrzeń publiczną setki głośnych wulgaryzmów... A słowo ku*wa w jego dialekcie komórkowym jest jak słowo stop w dawnym telegramie.

Komórka stale przyklejona do ucha to chyba atrybut współczesnego polskiego Chama.

Będzie przez nią gadał nawet podczas płatności w sklepie... A potem zj*bie kasjera/kasjerkę za to, że ten/ta raczyła mu zwrócić uwagę.


A najgorsze w tym jest to, że do tego chamskiego atrybutu przywiązane są już nawet dzieci w szkole...

Uczeń bez smartfona? Siara...

Tylko jeszcze nikt go nie nauczył, że nie korzysta się z telefonu podczas lekcji bo to zwykłe chamstwo.

sobota, 18 maja 2019

Tylko nie mów nikomu, że to tylko wierzchołek wielkiej góry krzywd

Film Sekielskich (Tylko nie mów nikomu) pokazuje tylko fragment, wycinek prawdy o tym czym jest przemoc wobec dzieci i nieletnich. Film skupia się na patologicznych zjawiskach jakie występowały wśród duchownych Kościoła Katolickiego.
A takie fragmentaryczne potraktowanie tego problemu jest bardzo na rękę tym, którzy Kościół chcą obarczyć winą za całe zło tego świata.
Jest tez wygodne dla tych, którzy chcą ukryć lub przemilczeć jak wielka jest skala przemocy jakiej dzieci doświadczają ze strony dorosłych.

W Polsce około 19 000 dzieci stale przebywa w instytucjonalnej pieczy zastępczej (czytaj: domach dziecka). Są to dzieci, które zanim trafiły do placówki opiekuńczo-wychowawczej doznały wielu krzywd i były ofiarami często brutalnej przemocy. Dzieci, które zostały porzucone przez rodziców, były bite i poniżane przez tych, którzy byli zobowiązani do zapewnienia im bezpieczeństwa... Dzieci, które często także doznawały przemocy seksualnej... Były molestowane, wykorzystywane, gwałcone...

Tak... Taka jest brutalna prawda o dzieciach, które doznały przemocy we własnym domu, we własnej rodzinie. Zdradzone, wykorzystane, porzucone przez najbliższych trafiają do placówek, w których ich horror trwa nadal.
Bo nadal są narażone na przemoc ze strony innych już zdeprawowanych podopiecznych placówki, którą tak dla niepoznaki nazwano "opiekuńczo-wychowawczą".

I niestety ale z przykrością muszę stwierdzić, że zjawisko przemocy wobec dzieci w Polsce może nadal istnieć, w takiej skali, ze względu na społeczne przemilczenie. Przemilczenie, które jest cichą zgodą na przemoc.

Niestety nadal funkcjonuje w naszym społeczeństwie przekonanie, że dziecko jest "własnością" rodziców.

Nadal istnieje przyzwolenie na stosowanie kar cielesnych wobec dzieci.

Nadal chcemy wierzyć, że w domach dziecka znajdują się "sierotki", których rodzice umarli lub dzieci, które odebrano "biednym rodzicom".

W ten sposób sami się oszukujemy udając, że poza pokazanym w mediach wierzchołkiem nie ma wielkiej góry krzywd.

Krzywd, które obciążają sumienia nas wszystkich.

czwartek, 16 maja 2019

Bramy piekielne go nie przemogą

Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie.
Mt. 16, 18

Zło nigdy nie pokona Kościoła ("bramy piekielne go nie przemogą"). Tak powiedział sam Bóg w osobie Jezusa. Powiedział to do Piotra i do nas wszystkich, słabych, podległych grzechowi ludzi.
Piotr aby stać się Skałą (Opoką), na której powstanie Kościół odporny na ataki Złego, musiał jednak wcześniej sam poczuć smak własnego upadku. Dlatego niech nikt się nie dziwi, że Jezus jako głowę powstającego Kościoła wyznacza ulegającego słabościom człowieka. Człowieka, który w chwili słabości zaparł się swojego Mistrza.
Jezus po prostu wiedział, że ten święty, powszechny i apostolski Kościół będą tworzyć zwykli podlegli grzechowi ludzie. I że muszą mieć wzór jak dążyć do świętości i łączności z Bogiem mimo tych grzesznych słabości.

Dlatego też:

Nie można zakładać, że wszyscy ludzie Kościoła mają być absolutnie bez grzechu.

Takich ludzi po prostu nie ma.

Tylko o Maryi mówimy: "bez grzechu poczęta".

Jednak są grzechy, których tolerować w Kościele nie można. Nie można milczeć gdy ludzie odpowiedzialni za trwałość Kościoła ulegają grzechom, których wynikiem jest krzywda dzieci, zgorszenie wiernych i obraza świętości Kościoła.

Zło wyrządzone dziecku zawsze było uznawane w Kościele za szczególnie naganne.
A "grzech sodomski" jest zaliczany do grzechów wołających o pomstę do nieba.

Ludzie, którzy nie uznają w pokorze swojej grzeszności, nie uznają za grzech tego co pochodzi od Złego nie są godnymi następcami Piotra. Nie powstają po upadku lecz brną dalej w grzechu.

A Kościół przetrwa i będzie dalej głosił Słowo Boże. Przetrwa dzięki zwykłym ludziom. Ludziom wytrwale pracującym nad swoją formacją...

A takich ludzi, dzięki Bogu, w Kościele nie brakuje.

wtorek, 14 maja 2019

Polityk, który adoptował dziecko

Nigdy nie zazdrościłem dzieciom znanych osób. I szczerze mówiąc mam przeczucie, że wiele dzieci chętnie zrezygnowałoby ze sławy, którą "odziedziczyło" tak niechcący po sławnych rodzicach.
W jakiś szczególny sposób mam tu dużo współczucia dla dzieci polityków. I prawdę mówiąc tak samo nie zazdroszczę "sławy" Oli Kwaśniewskiej jak i Kindze Dudzie. Bo fakt, że jest się dzieckiem znanego polityka niekoniecznie musi sprzyjać ułożeniu własnego życia.
Dzieciom premiera Morawieckiego też nie zazdroszczę. Szum medialny wywołany po artykule z tabloidu dotyczył jednak sfery, która powinna być prywatną, a nie publiczną.
A cała dyskusja o tym, że artykuł o dzieciach premiera miał być ustawką, która rzekomo miała ocieplić wizerunek szefa rządu po prostu mnie zniesmacza.
Niestety w ciągu ostatnich dwóch lat sam doświadczyłem skrajnych opinii na temat swojego "adopcyjnego rodzicielstwa"... Od zachwytu po... Podejrzenie, że się w ten sposób lansuję.
Na szczęście ja tych podejrzewających mnie o lans mogę zwyczajne odesłać na /dev/drzewo (dla użytkowników Linuxa wiadome drzewo). Ale zdaję sobie sprawę, że znanym osobom, a szczególnie politykom, taki prosty mechanizm obrony przed atakiem na prywatność, może sprawiać wiele kłopotów i przysparzać dodatkowych oskarżeń.
I tak przy okazji całej tej dyskusji po artykule o dzieciach premiera spróbowałam sobie przypomnieć czy znam jakiegoś polityka, który adoptował dziecko/dzieci...
I szperając w zasobach własnej pamięci oraz zasobach googla z pewnym zdziwieniem stwierdziłem, że przypomnieć sobie mogę tylko przypadek byłego kanclerza Niemiec Gerharda Schrödera... Ale i w jego wypadku już sam fakt ujawnienia starań o adopcję dzieci wywołał wiele kontrowersji. Kontrowersji, na które "bezkarnie" pozwolić sobie mogą tylko gwiazdy kina i srebrnego ekranu (tzw celebryci i celebrytki).
Choć ta bezkarność już niekoniecznie musi dotyczyć ich dzieci.

***


A ktoś z Was pamięta jakiegoś znanego polityka, o którym wiadomo, że adoptował dziecko/dzieci?

sobota, 11 maja 2019

Jawność adopcji a prawo do prywatności

Widzę, że w internetach oraz klasycznych mediach już wiele "mądrości" padło na temat rodziny pana Morawieckiego. Cóż... Takie są niestety konsekwencje gdy ktoś w rodzinie jest osobą publiczną.
Niestety histeryczne reakcje części mediów, dziennikarzy oraz blogerów wskazują, że z normalnym traktowaniem adopcji (przysposobienia) dziecka mamy jeszcze sporo do przerobienia.
Otóż moi drodzy i szanowni czytelnicy... Fakt ujawnienia przez tabloid, że znany polityk jest rodzicem adopcyjnym jest taką samą sensacją jak podobne newsy o kolejnych spodziewanych narodzinach "royal baby" lub ciąży partnerki/żony znanego piłkarza.
Tak... W normalnych warunkach fakt zajścia w ciążę i spodziewanych narodzin dziecka nie jest czymś dziwnym. Choć w przypadku osób znanych tabloidowe media potrafią zrobić z tego sensację.
Z adopcją (przysposobieniem) dziecka jest podobnie. Nie ma potrzeby robić z niej tajemnicy. W końcu jest to normalna, legalna i (co ważne) społecznie ceniona droga do rodzicielstwa.
W cywilizowanych społeczeństwach, a Polska jest krajem cywilizowanym, zakłada się, że proces przysposobienia (adopcji) dziecka ma być jawny. Tylko, że ta jawność ma odnosić się przede wszystkim do relacji rodzice - dziecko. Dziecko jak każdy człowiek ma prawo do wiedzy o swoim pochodzeniu. Tylko, że o tym jak i kiedy z dzieckiem porozmawiać muszą zdecydować sami rodzice adopcyjni. Nikt im terminu nie ustali i nikt ich w tym procesie nie powinien wyręczać.
Opublikowanie przez tabloid informacji o fakcie adopcji dzieci przez znaną osobę to przede wszystkim naruszenie prawa do prywatności. Doszukiwanie się to jakiegoś straszliwego skandalu jest jednak mocno przesadzoną reakcją.
Gwarantuję wam, że więcej szkody w tej sprawie robią ci, którzy teraz próbują pouczać wspomnianego Znanego Polityka i wypominają mu, że jakoby chciał zachować w tajemnicy fakt adopcji dzieci, że nie porozmawiał z nimi we właściwym czasie.
A kto was uprawnił do takiej ingerencji w ludzkie życie?
Jak już wcześniej napisałem:

Prawem i obowiązkiem rodzica adopcyjnego jest samodzielnie podjąć decyzję o tym jak i kiedy porozmawiać z dzieckiem o tym, że było adoptowane.


Ps

A już kompletnie nie mogą pojąć reakcji pani Dominiki Wielowieyskiej. Niby osoba aspirująca do roli autorytetu, dobrze wykształcona, nowoczesna... A nie może pojąć, że adopcja dziecka to żaden lans czy PRowa zagrywka. Oj mocno zakorzenione jest jeszcze kołtuństwo w polskich elitach.

O lansie na "adopcji" to pani Dominika Wielowieyska może pogadać ze znaną podróżniczką Martyną Wojciechowską. Może w szczerej rozmowie obie panie dojdą do tego czym się różni lans od prawdziwego życia. A obu imo by się przydało trochę nad tym popracować.


Notka powiązana:

Miłość to nie pluszowy miś. Apel do znanej podróżniczki


czwartek, 25 kwietnia 2019

Nieplanowane "wakacje"

Strajk nauczycieli trwa już trzeci tydzień. W międzyczasie minęły też Święta Wielkanocne... Dzieci siedzą w domu na przymusowych i nieplanowanych wakacjach. Bo tego nie da się już nazwać po prostu przerwą świąteczną. Z prawdziwymi wakacjami ma to tez niewiele wspólnego. Nie wiadomo kiedy ta "przerwa" się skończy, a dzieci tak naprawdę nie odpoczywają.

Przez pierwszy tydzień dzieciakom mogło się to nawet podobać. To, że nie ma szkoły, że nie trzeba rano tak wcześnie wstawać, a przede wszystkim to, że nie ma zadań domowych. Tak... Moje dzieci bardzo nie lubią zadań domowych.

Ale teraz widać, że ta przymusowa (spowodowana strajkiem nauczycieli) przerwa w nauce zaczyna je już nużyć. Widać, że zaczyna im brakować normalnego rytmu dnia i kontaktu z rówieśnikami w szkole. Od swoich córek coraz częściej słyszę, że chciałyby już wrócić do szkoły.

U rodziców też może to powodować coraz większe zdenerwowanie. Widzę to po sobie... Starsza córka właściwie mogłaby już sama zostać w domu, ale młodsza (7 lat) nadal wymaga stałej opieki. Cóż... Moja żona choć też nauczycielka to jednak pracuje (nie uczestniczy w tym cyrku). Ja też właśnie zacząłem nową robotę. Zapewnienie opieki dzieciom w czasie gdy powinny być w szkole staje się coraz bardziej kłopotliwe. Możemy co prawda liczyć na wsparcie babci, ale... Możliwości babć tez bywają ograniczone.

Dziś ja muszę zapewnić w ciągu dnia dzieciom opiekę i jakieś zajęcie. A od rana są wściekłe i tylko szukają powodu do zwady... Jak wściekłe osy gryzą się o byle co.


A tak przy okazji...

Jak ktoś myśli, że starty spowodowane strajkiem (niezrealizowany program) można odrobić przedłużając rok szkolny jeszcze na lipiec to... Niech się taki ktoś dobrze zastanowi. Bo normalne wakacje w lipcu wielu już ma dokładnie zaplanowane i nie nikt nie przyjmie do wiadomości wytłumaczenia, że z powodu strajku tak trzeba. Dzieci i rodzice nie strajkują. To nie jest ich sprawa.

Ps
Od najbliższej soboty Broniarz & ZNP zawieszają akcję strajkową... Do września.
Czyli możemy liczyć na ciąg dalszy tej komedii pomyłek.

***



czwartek, 11 kwietnia 2019

Strajk czy kabaret?

Przystępujący do strajku nauczyciele głośno krytykowali TVPiSowskie media za to, że te skupiają się tylko na finansowych żądaniach leżących u podstaw ogłoszonej akcji strajkowej. Że nie dostrzegają w proteście tym też walki o "przywrócenie zawodowi nauczyciela należnego mu prestiżu".

Niestety to jak się ten strajk rozwija może sprawić, że nauczyciele nic nie odzyskają z dawnego splendoru jakim był (lub bywał) obdarzany ich zawód. Co więcej... Mają dużą szansę na ostateczną utratę jakiegokolwiek poważania.


- Akcja strajkowa nie uzyskała odpowiedniej mocy. I nie chodzi mi tu tylko o wyłamanie się ze strajku oświatowej sekcji związku Solidarność. Presja na rząd jest w tym momencie zwyczajnie za słaba. A postawienie uczniów oraz ich rodziców w roli zakładników w sporze z rządem ostatecznie obróci się przeciw organizatorom i uczestnikom protestu.

- Zakładanie, że rząd ulegnie bo strajk wypada w czasie egzaminów (gimnazjalnych, ósmoklasistów) było błędne. A już fakt, że egzaminy udało się przeprowadzić wbrew naciskom ze strony strajkujących nauczycieli ostatecznie pozbawił strajk jakiejkolwiek mocy. Równie dobrze można było się ograniczyć do oflagowania budynków i wręczania rodzicom karteczek z postulatami połączonymi z prośbą o zrozumienie.

- Teraz słyszę jeszcze, że komitet strajkowy ma zamiar zawiesić strajk na czas Świąt Wielkanocnych. Cóż... Jeśli do tego dojdzie to cała akcja strajkowa zamieni się w kabaret. Tak, kabaret... Kabaret, który ostatecznie sprowadzi do absurdu zasadność podjętego przez nauczycieli protestu. Taki protest będzie równie poważny jak głodówka prowadzona od śniadania do kolacji z przerwą na obiad.


Po występie w takim kabarecie trudno będzie traktować środowisko nauczycielskie z "należną powagą".

I to już wcale nie jest śmieszne.

***
Warto przeczytać:
https://www.se.pl/wiadomosci/polityka/lukasz-warzecha-nauczyciele-juz-te-wojne-przegrali-aa-nVKu-M7QA-vB5f.html

środa, 10 kwietnia 2019

Dziunie bezrobotne z urzędu...

Urząd Pracy musi być... Bo jakby co to się w nim zarejestrujesz. I może nawet zasiłek ci przyznają. Bo na to, że znajdą dla ciebie jakąś satysfakcjonująca ofertę pracy to raczej nie licz.
Piszę tę notkę ponieważ tak mi się przytrafiło, że swoje postanowienie o zmianie pracy postanowiłem potraktować serio i dość radykalnie. Wybór rodzina czy praca był dla mnie oczywisty. Nie po to zobowiązywałem się, że będę dla swoich dzieci dobrym ojcem by teraz tygodniami być poza domem (w delegacji).
Tak wyszło niestety, że zanim mogłem podjąć pracę w nowym miejscu musiałem wcześniej (zdecydowanie wcześniej) rozwiązać umowę (za porozumieniem stron) z poprzednim pracodawcą. W efekcie przez jakiś czas (2 miesiące) formalnie byłem osobą bezrobotną.
Potraktowałem ten stan formalnie i oczywiście zarejestrowałem się w Urzędzie Pracy. Rejestracji dokonałem przez internet (jest taka możliwość) tak więc nawet nie musiałem zapoznać się realiami Powiatowego Urzędu Pracy. Urząd mnie zarejestrował (zyskałem dzięki temu prawo do opieki medycznej na ogólnych zasadach) i nawet poinformował mnie, że po upływie 90 dni będzie mi wypłacał zasiłek... Bo tyle trzeba czekać jeżeli umowa była wypowiedziana za porozumieniem stron.

Wszystko niby OK ale... W tzw międzyczasie Urząd zdążył mnie zaprosić na spotkanie, podczas którego Pani Urzędniczka przeprowadziła ze mną krótki wywiad na temat moich kwalifikacji oraz oczekiwań zawodowo-płacowych. Po jego zakończeniu poinformowała mnie, że niestety nic nie może mi zaoferować (w sensie oferty pracy z urzędu). Po cichu dodała też, że najlepiej szukać samemu. Na szczęście jednak nie liczyłem na pośrednictwo wspomnianego Urzędu.

Ale przyszedł wreszcie moment, w którym mogłem już podpisać nową umowę o pracę. I tu zgodnie z wymogami postanowiłem sprawę szybko zgłosić do Urzędu Pracy tak by Panie Urzędniczki mogły wreszcie wyrejestrować mnie ze spisu swoich podopiecznych.
Podobno mogłem wyrejestrować się za pośrednictwem e-maila z załącznikiem w postaci skanu z nową umową o pracę ale... Jednak postanowiłem pofatygować się osobiście do okienka w Urzędzie.
Nie będę wysyłał kopii umowy z całą masą danych (dane osobowe) na jakiś adres e-mail.

Osobiste dostarczenie dokumentów okazało się równie proste, a może nawet prostsze, niż przesyłanie ich droga elektroniczną. W Urzędzie bowiem panowały pustki... Absolutny brak kolejek, a zmęczone kolejną kawą Panie Urzędniczki aż rwały się do tego by przyjąć ode mnie dokumenty potrzebne do wyrejestrowania.

Ja sam i pięć czekających na interesanta Urzędniczek.... Aż żałowałem, że nie mogę wyrejestrować się pięć razy. Bo z każdą mógłbym przez chwile pogadać i zaoferować jej jakieś zajęcie.

Przy okazji zapytałem się czy należy się mi tzw "dodatek aktywizacyjny". Takie coś co przysługuje podobno każdemu bezrobotnemu, który samodzielnie znajdzie sobie nową pracę.
Okazało się jednak, że zdaniem Pań z Urzędu bezrobotnym przestałem być o miesiąc za szybko. Że aby taki dodatek otrzymać powinienem jeszcze przez około 30 dni wstrzymać się podpisywaniem nowej umowy. Po prostu zaczekać aż Urząd zacznie mi wysyłać zasiłek...
Cóż, wniosek jednak złożyłem (o ten dodatek), a teraz czekam na to aż przyjdzie odpowiedź z uzasadnieniem. Będą miały Panie z Urzędu troch dodatkowego zajęcia w godzinach pracy. Mała przerwa między kolejną kawą zawsze się przyda...
Urząd pracuje od 7ej do 3ej ale interesantów przyjmuje od 8ej do 14ej.

Ps
Niech mi ktoś napisze...
Dlaczego w pustym urzędzie w okienkach (tylko rejestracja i wyrejestrowanie) przesiaduje aż pięć "bezrobotnych" Urzędniczek?
To czasem zdecydowanie więcej niż kasjerek/kasjerów w Lidlu lub Biedronce.

niedziela, 7 kwietnia 2019

Ja dla wszystkich gotowałam

- Śmiało, bierz to co ci odpowiada. Tu wszystko jest dobre...

Tak mi doradza kobieta napotkana w sklepie typu "Stonka". A mam takie szczęście, że zawsze trafi mi się ktoś taki kto koniecznie chce nawiązać kontakt.

- Ja się na tym znam. Przez lata pracowałam na kuchni.

Kobieta w sumie dobrze wygląda. Zadbana i nawet ładnie się wysławia. No, no... Chciałbym tak trzymać się w jej wieku.

- Nawet teraz jeszcze chcieli mnie zatrudnić. Ale to już nie dla mnie... Jestem rocznik "trzydziesty piąty"...

O... Teraz to już naprawdę jestem pełen podziwu. Osiemdziesiąt cztery lata... Znam młodsze osoby, które już ledwie człapią.

- Ja tu dla wszystkich gotowałam. Dla wojska... Nawet dla tego Majora (tu pada nazwisko). A jak było trzeba to i dla ZOMO jak był stan wojenny... Na kuchni i na tym co dobre do jedzenia to ja się znam.

Uff... Tak, Pani zapewne dobrze się zna na tym co "dobre".
Na resortowej emeryturze jest za co się znać.

czwartek, 4 kwietnia 2019

Szwedzkie podejście do praw dziecka (człowieka)

Jak pamiętam z kursów w Ośrodku Adopcyjnym TPD w Krakowie to Szwecja jest czasami stawiana jako wzór do naśladowania w społecznym podejściu do pieczy zastępczej oraz "troskliwej, instytucjonalnej opieki państwa nad dzieckiem i rodziną".
Ale już wtedy miałem wątpliwości, czy rzeczywiście ten szwedzki model jest naprawdę taki godny naśladowania. I niestety byłem w stanie głośno wyrażać te swoje wątpliwości, co wyraźnie nie podobało się pracownicom krakowskiego OA TPD.

***

Dziś czytam w sieci i oglądam w Wiadomościach historię ojca, który wywiózł swoje córki ze szwedzkiego raju i został zatrzymany na lotnisku w Warszawie. Zdesperowany Rosjanin postanowił nielegalnie wywieźć swoje dzieci, które szwedzka opieka umieściła w rodzinie zastępczej.
Ktoś powie... zdarza się. Owszem. Zdarza się, że służby socjalne interweniują i umieszczają dzieci w opiece zastępczej. Ale czy naprawdę humanitarnym i zgodnym z poszanowaniem dla praw dziecka (człowieka) jest umieszczanie dzieci w rodzinie, która jest względem nich zupełnie obca także w sensie kulturowym i religijnym? Bo ja tego szwedzkiego stylu nie jestem w stanie zaakceptować. A w tym wypadku szwedzkie służby umieściły dzieci wychowane przez prawosławnych Rosjan w muzułmańskiej rodzinie zastępczej.

Jednym z podstawowych praw dziecka (i człowieka), które to prawo potwierdza szereg międzynarodowych konwencji, jest prawo do własnej tożsamości. Częścią tej tożsamości człowieka/dziecka jest też jego więź z kulturą, językiem ojczystym oraz posiadanym systemem wartości (religia, normy moralne).
Niestety ale obawiam się, że szwedzki system w swej postępowości i dziwnym (w mojej ocenie) podejściu do neutralności zaczął zwyczajnie ignorować te kulturowe i religijne potrzeby dziecka.

A może Szwedzi sami już zatracili poczucie własnej tożsamości i... W związku z tym nie czują potrzeby szanowania jej u innych?

***
O sprawie można przeczytać m.in. na stronie internetowej Rzecznika Praw Dziecka:
https://brpd.gov.pl/aktualnosci/nocna-interwencja-rzecznika-praw-dziecka-dzieci-zostaja-przy-ojcu-w-polsce

piątek, 29 marca 2019

Ocena z zachowania i autorytet nauczyciela/szkoły

Byłem wczoraj na zebraniu szkolnym. Gadka, szmatka, sprawy ogólne... A potem przejście do konkretów.
Konkrety to:
- zmiana w statucie szkoły (nowelizacja kryteriów do oceny z zachowania);
- strajk (wiadomo o co chodzi... czyli nie tylko o pieniądze).

O strajku już pisałem. Teraz skupię się na ocenie z zachowania.

Omówienie zmian w statucie i kryteriach wystawiania ocen z zachowania zajęło Wychowawcy kilkanaście minut. Niestety z całego wykładu połączonego z prezentacją zapamiętałem, że było tam mnóstwo tabel i punktów. Że system wystawiania ocen jest tak skomplikowany, że ani rodzic, ani Wychowawca nie jest w stanie go zapamiętać.

Jeżeli tego systemu nie ogarniają dorośli (rodzice i nauczyciele) to co powiedzieć o dzieciach (uczniach)?

O dzieciach (uczniach) można za to z brutalną szczerością powiedzieć, że niezrozumiała dla nich ocena z zachowania im po prostu "wisi". A wisi im nie tylko z tego powodu. Przede wszystkim te cwane bestie szybko się orientują, że za oceną z zachowania właściwie nie idą żadne poważne konsekwencje.

Ocena naganna na koniec roku?... I co z tego. Ocena z zachowania (także naganna) nie ma wpływu na promocję do wyższej klasy, czy ukończenie szkoły.

Ponad 100 godzin nieusprawiedliwionych?... A kogo to obchodzi. Nawet jak dadzą naganną to... się tylko pośmieję. A zresztą mama i tak hurtem usprawiedliwi wszystkie nieobecności bo szkoła ulegnie dając taką możliwość nawet długo po określonym w statucie terminie.

Rozpylony gaz w szatni lub flaszka "zrobiona" pod szkołą?... No dobra. Będzie uwaga i stary/stara będzie "darł ryja" ale mnie nie wywalą ze szkoły...


***
Tak więc jeśli strajk, który ma się rozpocząć 8 kwietnia (do skutku), ma na celu nie tylko wywalczenie podwyżki (1000 zł dla każdego belfra) ale też poprawę autorytetu nauczyciela i szkoły to... Szkoła nie może sama sobie tego autorytetu szargać takimi rozwiązaniami jak pusta, niezrozumiała i pozbawiona konsekwencji ocena z zachowania.

czwartek, 28 marca 2019

A ja bym dał wszystkim takie 1000 Plus

A czemu by nie? Może należałoby dać każdemu po 1000 zł dodatku za sam fakt przychodzenia do pracy. "Sprawiedliwie", po równo...
Byłoby socjalnie (PiSowsko) i nowocześnie (pani Lubnauer). Taki zasiłek uzależniony od faktu podjęcia pracy.
Dlatego uważam, że żądania płacowe ZNP (1000 zł podwyżki dla każdego nauczyciela) są jak najbardziej słuszne. Co więcej... Uważam, że do strajku rozpoczętego przez ZNP i nauczycieli powinni przyłączyć się wszyscy Polacy zatrudnieni na etatach. Od urzędników po pracowników obsługi stacji paliw. Każdy z nas powinien zażądać 1000 zł podwyżki.

A teraz kilka słów do pana Broniarza (szef ZNP)
To żądanie podwyżki "po równo" niestety udowadnia (w mojej ocenie), że kierowany przez pana związek to żywy relikt PRL i konserwant w systemie wynagradzania nauczycieli.
Panie Broniarz... to, że nauczyciele w Polsce (zwłaszcza ci rozpoczynający pracę) są słabo wynagradzani nie podlega dyskusji. Ale problemem są nie tylko niskie pensje młodszych i starszych belfrów. Ten system jest po prostu mało motywujący. Jeżeli wszyscy za pracę dostają "po równo" to po co robić więcej niż inni? Dlatego nie dziwie się, że młodzi i bardziej ambitni już nie garną się do tego zawodu. Mają tyle innych ofert na rynku pracy, że nie muszą się pchać tam gdzie tylko się pilnuje tego by nikt nie poczuł się gorzej z tego powodu, że inni zarabiają więcej.

poniedziałek, 25 marca 2019

Jak mam do ciebie mówić?

- Dosia, Dominika...

(cisza)

- Dosia, czy Ty mnie słyszysz?
- Słyszę.
- To jak mam do Ciebie mówić abyś wiedziała, że to do Ciebie? Wolisz Dosia czy Dominika?
- Wszystko jedno...
- A może wolisz Córeczko?
- Nie.
- Kochana Córeczko?
- Nie, Nie, Nie...
- Dlaczego?
- Bo nie będę wiedziała czy mówisz do mnie czy do Oliwki.


***

Oliwka - starsza siostra

sobota, 23 marca 2019

Przysposobienie (adopcja) dziecka przez osobę samotną

Polskie prawo dopuszcza przysposobienie (adopcję) dziecka przez osobę samotną. Przy czym za osobę taką uznaje się kogoś kto nie jest w związku małżeńskim, ale też nie funkcjonuje w tzw. związku nieformalnym.
I w sumie nie ma co się tu dziwić prawodawcy... Są przecież sytuacje,  w których to rozwiązanie będzie spełniać wszelkie pozostałe kryteria związane z procesem adopcyjnym i będzie zgodne z tym co określa się jako "kierowanie się dobrem dziecka".
Bo czy samotna (niezamężna) ciocia, która już posiada jakąś więź z dzieckiem (pokrewieństwo, wcześniejsze kontakty) nie ma w tym wypadku wręcz naturalnych predyspozycji?

No tak... Ale co w przypadku osoby, która jest samotna (nie funkcjonuje w żadnym związku), a nie jest spokrewniona z dzieckiem i nie ma między nimi żadnych innych więzi?

Skoro nasze prawo nie ogranicza przysposobienia (adopcji) dziecka przez osobę samotną tylko do przypadków osób już spokrewnionych z dzieckiem to w praktyce starania takie może rozpocząć (za pośrednictwem Ośrodka Adopcyjnego) każdy kto spełnia też pozostałe wymogi. Ale... W przypadku gdy Ośrodki Adopcyjne mają do wyboru składanie propozycji małżeństwom i osobom samotnym to nie należy się dziwić, że będą skłonne do preferowania małżeństw.

Natomiast pojawiające się w sieci (np. na forach internetowych) próby "pocieszania" samotnych staraczek sformułowaniami typu: "a tyle dzieci nie znalazło chętnych rodzin" uważam za... Delikatnie rzecz biorąc - niefortunne. Nie tak podbudowuje się człowieka.
Staram się rozumieć motywy kierujące osobami podejmującymi samotne starania o dziecko. Sam też się przekonałem na własnej skórze jak mocno doskwiera niespełniona potrzeba rodzicielstwa. Ale naszą rolą (rolą rodziców i to nie tylko adopcyjnych) jest przede wszystkim zaspokajanie potrzeb powierzonych nam dzieci. I nie czarujmy się... Osobie samotnej będzie trudniej.

Pojawiające sugestie, że osoba samotna mogłaby zająć się np. "niechcianym przez innych dzieckiem z większymi deficytami" są w mojej ocenie działaniem bardzo nieodpowiedzialnym.
Ludzie! Bądźmy odpowiedzialni za swoje słowa...
Natomiast jak przeczytałem ostatnio na NB w kontekście starającej się osoby samotnej, że gdzieś tam czeka trójka rodzeństwa... To zwyczajnie odpadłem.

Ja mam tylko dwójkę "grzecznych" dziewczynek... I Bogu dzięki solidne wsparcie ze strony żony.

***
Natomiast sytuacja, w której osoba pozostająca w związku nieformalnym próbuje wystąpić o przysposobienie (adopcję) dziecka jako... osoba samotna - uważam za próbę ominięcia wymogów, która właściwie powinna dyskwalifikować kandydata.
"Nieformalny" partner nie przechodzi przecież procedury kwalifikacyjnej, a po adopcji (przysposobieniu) też będzie kimś ważnym w życiu dziecka.

Więc albo traktujmy te procedury z należytą powagą... Albo zacznijmy się zastanawiać nad tym co jest naszym celem. Czy zaspokojenie własnych potrzeb bez oglądania się na stawiane wymogi? Czy chęć zaspokojenia potrzeb i oczekiwań już doświadczonego przez życie dziecka?

środa, 13 marca 2019

Skóra "żywcem" z Taty i Mała książeczka o...

- Zabierz córeczki do miasta. Zawieź starszą na zajęcia z..., a młodszą do lekarza. Pokaż lekarzowi plamki na skórze dziecka.
- A przy okazji wpadnij do biblioteki. Oddaj dziecięce książki i pożycz coś nowego.

Zlecenie od żony. Bez tego to przeciętny ojciec (podobno) tylko by "gnił" przed telewizorem lub monitorem komputera.

A ja tam lubię takie wypady z córkami, bo zawsze coś ciekawego się przytrafi.

***
Idziemy do lekarza pokazać "te plamki" i pęcherzyki na skórze dziecka.
Lekarz ogląda i stwierdza, że to rodzaj reakcji uczuleniowej tzw. skóra atopowa.
Potem medyk spogląda na mnie i mówi:
- Ta przypadłość jest dziedziczna. I jak widzę to pan też ma z tym problem.
- Córeczka ma skórę jakby żywcem zdjętą z taty... (uśmiech, szczery)

Też się uśmiecham. Bo młodsza córcia coraz bardziej robi się taka "córunia tatunia".
A tego, że jednak nie jesteśmy kolejnym dowodem na dziedziczność "skóry atopowej" jednak mi się nie chce tłumaczyć.
Niech zostanie, że skóra "żywcem" z taty.

***
Wracając zaglądamy do biblioteki miejskiej. Młoda ma tam swoją kartę i sama buszuje między regałami wypożyczalni dla dzieci. Tak, może sobie swobodnie grzebać w całym księgozbiorze...
Nie wiem kto wpadła na ten pomysł ale...

Ma to swoje wady. Dziecko coś wyciągnie z półki, potem się rozmyśli i... nie pamięta już skąd książeczkę wzięło. Kłopot dla pani prowadzącej bibliotekę.

Może też dziecko wyciągnąć z półki coś co wprawi w zakłopotanie rodzica.

Np. Mała książeczka o...
Słyszałem o tej serii małych książeczek. Ale tylko słyszałem.
A tymczasem podchodzi do mnie dziecko z uśmiechniętą buzią i pokazuje co znalazło na półce:
"Mała książeczka o miłości"
Po okładce sądząc to wygląda jak kolorowe czytadło dla dzieci. W treści też w zasadzie trudno doszukać się tam czegoś wyjątkowo gorszącego. Na YouTubie (TwojejTubie) więcej imo sprośności...
Ale ilustracja przedstawiająca dwie całujące się panie jednak skłania mnie do rozpoczęcia kombinacji jak tu "tę pozycję" odłożyć na półkę.
Coś kombinuję i mówię, że: tę książeczkę to najpierw tata z mamą muszą przeczytać i zastanowić się czy...
Ale córka nie daje mi szans bo już ma trzy inne kolorowe książeczki i sama mówi, że "tę" jednak możemy zostawić.

Uff... Ja jednak nie jestem wielbicielem postępu wyrażającego się głównie w "rewolucji obyczajowej".

Ale od tematu uciec się nie da... Będzie wracał.

piątek, 8 marca 2019

Jak pies z kotem? Nie... Jak dwie siostry

Czasami mówi się, że ktoś żyje z drugą osobą jak pies z kotem. Na zasadzie wiecznego ścigania i awantur. A tymczasem u mnie w domu pies z kotem żyją w zgodzie. Nawet potrafią razem kombinować jak tu pod nieobecność pana wcisnąć się do sypialni i urządzić sobie wspólne legowisko w wielkim łożu (barłogu).

Jak pies z kotem?

A tymczasem moje córki notorycznie drą koty między sobą. Wieczne kłótnie, przepychanki, wrzask i rękoczyny. Nie ma dnia bez awantury o cokolwiek. Każda błahostka kończy się piskiem i/lub skargą.

To przychodzenie ze skargą na siostrę chyba najbardziej mnie denerwuje...
Chociaż słowo denerwuje jednak za słabo oddaje tu emocje. Lepiej brzmiałby tu "wykrzyknik" z gatunku tych powszechnie uznawanych za nieprzyzwoite. Taki z mocną literą "R" jako wzmacniaczem przekazu.

Wniosek:
Jak ktoś chce mieć w domu ciszę i spokój to... Niech sobie "adoptuje" psa lub kota. Może nawet psa i kota...
Jest szansa, że nawet mając psa i kota w domu, będzie miał w tym domu też ciszę, porządek oraz spokój.

W moim domu cisza jest gdy:
- dzieci są w szkole
- dzieci już wreszcie śpią lub jeszcze śpią
- w domu jest tylko jedno dziecko (ale tylko wtedy gdy nie marudzi)
- dzieci za długo siedzą przed komputerem lub telewizorem
- dzieci wyszły do ogrodu (zamykam okna i udaję, że nie słyszę tego co na zewnątrz).

niedziela, 3 marca 2019

"Adopcja zarodka" nie ma nic wspólnego z przysposobieniem (adopcją) dziecka

Obiecałem kiedyś, że zajmę się etyczną/moralną stroną problematyki tzw. "adopcji prenatalnej", którą też często określa się jako "adopcję zarodków". Że spróbuję rozwinąć temat, dlaczego Kościół Katolicki nie zajmuje jednoznacznego stanowiska w tej sprawie.
Ale każde moje podejście do tematu jednak kończyło się stwierdzeniem, że jest to problematyka, która właściwie nie ma nic wspólnego z tym, co piszę na tym blogu.

W Polsce procedury tzw "adopcji zarodków" reguluje ustawa o leczeniu niepłodności, której tekst jednolity można znaleźć pod adresem:
http://prawo.sejm.gov.pl/isap.nsf/download.xsp/WDU20170000865/O/D20170865.pdf

Jednak próba czytania tego tekstu może przyprawić o ból głowy.

W bardziej przejrzystej, krótszej formie procedury te objaśniają na swych stronach kliniki zajmujące się "terapią/leczeniem niepłodności".

Poniżej przedstawiam screen ze strony jednej z takich klinik.


To co widzimy na zamieszczonej ilustracji (fragmencie ze strony www) nie jest wymysłem (tzw "widzimisię") kliniki. Jest zgodne z zapisami w obowiązującej ustawie o leczeniu niepłodności. Dobór na podstawie cech fenotypowych (wygląd, grupa krwi itp.) wynika wprost z zapisów w ustawie.

Jednak ktoś, kto przeszedł przez system Ośrodków Adopcyjnych, przetrwał praktykowane przez OA procedury kwalifikacyjne dla kandydatów i wreszcie przeżył posiedzenie sądu o przysposobienie (adopcję) dziecka, szybko się zorientuje, że procedura "adopcji zarodka" nie ma nic wspólnego z przysposobieniem (adopcją) dziecka.

W przypadku "adopcji zarodka" to, co określane jest jako "kwalifikacje", to przede wszystkim procedura medyczna określająca szanse na "udany zabieg" i dopełnienie wymogów ustawy o "poinformowaniu kandydatów". W porównaniu z tym kwalifikacje prowadzone przez Ośrodki Adopcyjne jawią się jako bezwzględna selekcja.

No i przede wszystkim w przypadku tzw "adopcji zarodka" brak podstawowego elementu prawnego decydującego o faktycznym przysposobieniu dziecka. Nie ma tu prawomocnej decyzji sądu o przysposobieniu. Cała procedura odbywa się w obrębie gabinetu lekarskiego.

Niestety, ale w mojej ocenie w trakcie procedury "adopcji prenatalnej" ludzki zarodek jest traktowany przedmiotowo. Tak jak np. tkanki, które można przekazać innej osobie.


***
Ps
We wspomnianej ustawie o leczeniu niepłodności ani razu nie pojawia się termin adopcja bo... Taki termin w polskim prawodawstwie właściwie nie istnieje, a z formalnym przysposobieniem nie ma ta procedura nic wspólnego.

O przysposobieniu jest mowa tylko we wstępie do ustawy w punkcie nakazującym wyjaśnienie zainteresowanym różnicy między: uznaniem ojcostwa a przysposobieniem dziecka.

W treści ustawy nie może być nic o przysposobieniu vel adopcji bo... Gdyby tę procedurę uznać za coś w rodzaju przysposobienia (adopcji) dziecka to "adopcja zarodka" w formie przewidzianej wspomnianą ustawą, w mojej ocenie, mogłaby być uznana za przestępstwo na podstawie przepisów Kodeksu Karnego.

Art. 211a Kodeksu Karnego
Kto, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, zajmuje się organizowaniem adopcji dzieci wbrew przepisom ustawy, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.

wtorek, 26 lutego 2019

Nie moje, nie twoje, a przecież nasze własne

Czasem słyszę taki slogan: Jak ktoś nie może mieć własnych dzieci to... powinien rozważyć adopcję (przysposobienie).

Czyli, niby jak... Dzieci adoptowane (przysposobione) są zamiast własnych? Są obce, nie własne?

Z mojej perspektywy wygląda to tak.

Każde dziecko chce mieć własnych rodziców. Także dzieci adoptowane (przysposobione). I powiem więcej, także dzieci, które zostały przysposobione (adoptowane) już jako starsze. Tak, nawet nastolatka/nastolatek chce mieć swoją własną mamę, własnego tatę. Tak bardzo chce mieć go na własność, że czasem trudno jest się tym własnym rodzicem podzielić z własną siostrą lub własnym bratem.
Zdarza się, że dziecko mogłoby (a przynajmniej tak deklaruje) zrezygnować z własnego rodzeństwa, byle zyskać własnych rodziców.

Tak, dzieci chcą mieć rodziców na własność, na wyłączność. I nie chcą się nimi dzielić z innymi dziećmi. Co więcej... Często nie mogą zrozumieć dlaczego to ich prawo do własności ograniczają: praca, obowiązki lub co gorsze... nałogi rodziców.

Taki deficyt posiadania rodziców na własność doskwiera nie tylko dzieciom w domach dziecka, rodzinach zastępczych i innych formach pieczy zastępczej. Bo wiele dzieci formalnie ma rodzinę, ale nie na własność.

A czego oczekują dzieci od rodziców aby zaspokoić tę swoją potrzebę posiadania ich na własność?

Otóż wydaje mi się, że oczekują przede wszystkim autentycznej miłości i akceptacji. Chcą aby rodzice cieszyli się, że mają własne dzieci. Że mogą je kochać, dbać o nie, troszczyć się o nie. Tak naprawdę, nie na niby... Nie zamiast własnych, nie w przerwach od zajęć i obowiązków.

Czasem tak mówię do swojej żony...
Popatrz jaki cud się nam przydarzył. 
Nie mamy nawet szans pokłócić się o to czyje są dzieci.
Nie są bardziej moje, czy bardziej twoje. Są nasze... własne.

wtorek, 19 lutego 2019

Największy dar, jaki możemy dać dziecku to... miłość

Wielu ludzi ze strachem myśli o swoim rodzicielstwie. Gnębi ich nieustanny lęk o to czy swojemu dziecku zapewnili wszystko co powinien "dobry rodzic".

Aby zapewnić dziecku dobre dzieciństwo oraz szczęśliwą przyszłość matki i ojcowie prześcigają się w wymyślaniu jakie to dodatkowe zajęcia powinni mu zorganizować, jak tu zarobić na wszystko co potrzebne dziecku by nie czuło się gorsze w kontaktach z rówieśnikami. A czasem już od kołyski planują mu przyszłość tak by później ich dziecko było szczęśliwe... A szczęście to ma wyrażać się błyskotliwą karierą i sukcesem zawodowym.

Ale czy dzieci od nas rodziców naprawdę tego potrzebują?

Otóż myślę, że podany przez redakcję Salonu24 przykład państwa Ireny i Macieja Kaczyńskich to piękny dowód na to, że każdy z nas może dać swojemu dziecku największy dar. Dar, którego nie zastąpią żadne kursy, gadżety, prestiżowe studia... Dar bezgranicznej, bezwarunkowej miłości.

https://www.salon24.pl/u/magazyn/934986,anielka-umarla-ciezko-chora-ale-rodzice-wymodlili-cud-narodzin-odrzucili-aborcje

Dzieci chcą abyśmy kochali je takie jakimi są, a nie za spełnianie naszych oczekiwań. Nie chcą abyśmy planowali im przyszłość... Chcą z nami żyć każdą chwilą i chcą czuć, że każda ta chwila jest też dla nas radością ze wspólnego życia.

Nawet jeśli to życie jest tylko chwilą.

***
Tekst ten ukazał się pierwotnie w serwisie Salon24.pl pod adresem:
https://www.salon24.pl/u/hephalump/935495,najwiekszy-dar-jaki-mozemy-dac-dziecku

Zachęcam też do lektury komentarzy pod tą notką na Salonie.

piątek, 15 lutego 2019

To bym chciał zmienić w funkcjonowaniu Ośrodków Adopcyjnych w Polsce

Uważam, że system Ośrodków Adopcyjnych (OA) w Polsce znajduje się od lat w stanie zapaści. Jest z nim źle... Ale ten stan nie wynika ze złej woli ludzi pracujących (często właściwie społecznie, za półdarmo) w tych placówkach.
Ten stan, w mojej ocenie, jest pochodną złego prawa, które nieprecyzyjnie reguluje pracę Ośrodków Adopcyjnych w Polsce oraz złego systemu finansowania działalności tych ośrodków.

Co powinno się zmienić lub zostać bardziej podkreślone w prawie oraz przepisach określających zasady działania Ośrodków Adopcyjnych w Polsce?
Spróbuję tu zebrać kilka propozycji. Oto one:

- adopcja zagraniczna powinna być możliwa, ale tylko i wyłącznie gdy w ciągu 1 roku nie znaleziono w Polsce rodziców adopcyjnych lub rodziny zastępczej dla dziecka/dzieci;

- obywatele polscy zamieszkujący za granicą ale posiadający stały związek z krajem w mojej ocenie powinni być traktowani w procesie kwalifikacji do roli rodziny adopcyjnej tak jak ci mieszkający w Polsce (to nie jest adopcja zagraniczna);

- w prawie regulującym procedury starań o przysposobienie dziecka powinno pojawić się jasne określenia co do podstawowych wymogów stawianych kandydatom. A konkretnie to chodzi mi o precyzyjne wyznaczenie granic wynikających z różnicy wieku miedzy przysposobionym a przysposabiającym. Jasne określenie jaki powinien być staż małżeński wymagany od kandydatów. Precyzyjne przedstawienie kiedy jest możliwe przysposobienie (adopcja) przez osobę samotną (nie będącą w żadnym związku);

- wszystkie OA powinny obowiązywać jedna lista wymogów i taki sam zestaw wymaganych dokumentów;

- kwalifikacje uzyskane w którymkolwiek OA powinny być też ważne i obowiązujące  także dla innych;

- w komisjach kwalifikacyjnych decydujących o uzyskaniu kwalifikacji przez rodzinę starającą się o przysposobienie oraz decydujących o wyborze jakiej rodzinie zaproponować dziecko/dzieci powinien zasiadać oprócz pracowników OA także: przedstawiciel organu nadzorującego, kurator lub sędzia rodzinny; Gdy sprawa dotyczy decyzjo o losie dziecka/dzieci w pracach komisji powinien też uczestniczyć wyznaczony przez sąd prawny opiekun dziecka/dzieci;
(punkt dodany po sugestii czytelniczki tego blogu)

-  procedury odwoławcze od decyzji o pozbawieniu praw rodzicielskich powinny kończyć się w momencie sądowej decyzji o skierowaniu dziecka do adopcji (punkt dodany po sugestii czytelniczki tego blogu)

- powinien powstać centralny rejestr wszystkich procesów adopcyjnych w Polsce. W wybranym Ośrodku powinny być gromadzone kopie wszystkich dokumentów powstałych w trakcie przygotowania i prowadzenia procedury o przysposobienie. Tu powinny trafiać też dokumenty z OA które zakończyły swoją działalność;

- Ośrodki Adopcyjne powinny mieć obowiązek wymiany informacji o kandydatach tak by OA, który nie może znaleźć u siebie chętnych do adopcji mógł pozyskiwać ich z innych ośrodków;

- przyjmując wniosek od kandydatów na rodzinę adopcyjną Ośrodek Adopcyjny powinien spisywać z nimi umowę, w której jasno byłby wyłożony plan i terminarz szkoleń;

- przed zawarciem takiej umowy OA powinien mieć obowiązek poinformowania kandydatów o tym ile par (osób) aktualnie oczekuje w tym ośrodku na propozycję przysposobienia (adopcji) dziecka oraz ile adopcji udało się ośrodkowi przeprowadzić w ciągu ostatniego roku;

- wszystkie decyzje Ośrodka Adopcyjnego mają być przedstawiane kandydatom w formie pisemnej i ma być razem z nimi podane jak i gdzie od takiej decyzji można się odwołać;

- rodzina decydująca się na adopcje (przysposobienie) dziecka musi otrzymać od OA pełny zestaw dokumentów opisujący stan zdrowia dziecka oraz zalecenia co dalszego postępowania dla zapewnienia właściwej opieki medycznej, psychologicznej oraz psychiatrycznej dziecka;

- na wniosek OA i na podstawie decyzji sądu o przysposobieniu właściwa placówka służby zdrowia powinna mieć możliwość sporządzenia nowej karty uodpornienia (karty szczepień). Tak jak USC tworzy nowy wpis w swoich księgach;

- należy jasno określić sposób postępowania z dokumentami zawierającymi dotychczasowe dane dziecka i jego rodziny pochodzenia (metryki, świadectwa szkolne, itp.). Czy mogą one być wydane nowej rodzinie? Czy powinny być przechowywane w OA;

- OA powinny być zobowiązane do zapewnienia przez minimum rok od przysposobienia wsparcia psychologa dla rodzin, które przysposobiły dziecko;

- OA musi mieć zapewnione środki finansowe na swoją działalność, także na wsparcie już funkcjonujących rodzin adopcyjnych;

- wysokość dotacji dla OA powinna być powiązana z efektywnością działań ośrodka i uwzględniać nie tylko liczbę przeprowadzonych procedur ale także dawać możliwość funkcjonowania OA jako placówki wspierającej rodziny adopcyjne. Jeżeli np. średni koszt utrzymania wychowanka (jednego dziecka) w placówce opiekuńczo-wychowawczej kształtuje się w granicach od 3 do 5 tysięcy złotych miesięcznie to wydaje mi się, że na podstawie tej kwoty można wyliczyć wielkość dotacji do OA. Państwo i budżet na tym na pewno nie straci... Zyskają wszyscy, także to czego nie da się przeliczyć na żadną walutę.

Ponadto:

- Ośrodki Adopcyjne nie powinny zajmować się sprawami matek, które rozważają możliwość zrzeczenia się praw do dziecka. To powinno być w gestii poradni rodzinnych lub innych wyznaczonych ośrodków wsparcia rodziny. Nie może być nawet cień podejrzeń, że placówka udzielająca wsparcia osobie w trudnej sytuacji życiowej może być tak naprawdę zainteresowana przejęciem dziecka;

- Rodziny adopcyjne i rodziny zastępcze powinny mieć zapewniony dostęp do nieodpłatnych porad psychologicznych oraz opieki psychiatrycznej;

- Samorządy powinny zapewnić miejsce w żłobku lub przedszkolu dla dzieci przysposobionych oraz dzieci z rodzin zastępczych tak by była pewność ich przyjęcia przez cały rok a nie tylko podczas organizowanego raz w roku naboru. dziś ten priorytet to fikcja;


***
Jak ktoś ma jeszcze jakieś pomysły to proszę, niech się podzieli nimi w komentarzu.

piątek, 8 lutego 2019

Robot do przypominania o myciu zębów

Moja młodsza córka dostała w szkole zadanie aby razem z tatą wykonać model robota (technika dowolna). Warunek konieczny... Praca ma być wykonana razem z tatą. Nie przez tatę. Ma być to wspólna praca ojca i dziecka.

Pracę zaczynamy od poszukiwań z czego można by tu takiego robota sklecić. Próba przegrzebania zakamarków domowych ujawnia przy okazji, że... przydałoby się tu i ówdzie zrobić porządek. A w domu jest całkiem sporo przedmiotów nadających się do konstrukcji robota.

Oto efekt wspólnej pracy...

Robot

Robot jest w 100% eko... Ekologiczny i ekonomiczny. Nic nie trzeba było dokupić. Robot został zbudowany z części, które zagracały szafki i gdyby ktoś je uznał za śmieci to mogłyby wylądować w kuble na odpady.
Teraz uzyskały nowe życie i nabrały nowej wartości, a nie zaśmiecają szaf lub garażu. Nie trafiły też do śmietnika.

Robot wykonany na podstawie planów (szkiców) technicznych dziecka.
Dzieci mają bardzo dobre pomysły... Jednak w ich realizacji potrzebują wsparcia. Nóż do tapet, klej na gorąco i inne niebezpieczne narzędzia na razie lepiej niech będą w ręku taty, a nie siedmiolatki. Jednak te ręce taty mają działać według dziecięcych wytycznych.

Ostatnim (a właściwie jedynym) problemem było wymyślenie z czego można by tu wykonać łapki robota. Czy będą to jakieś chwytaki? Może haczyki? A może coś jak ludzkie dłonie?
I tu ujawnia się siła dziecięcej wyobraźni.
Dwie stare szczoteczki do zębów zamontowane w ramionach robota to pomysł mojej córki. A robot będzie przypominał o myciu zębów...
Choć jak przypuszczam pewnie córcia wolałaby takiego prawdziwego robota, który naprawdę myłby za nią zęby rano i wieczorem.
Bo córunia bardzo nielubi tej czynności.

wtorek, 5 lutego 2019

Gdy empatia schodzi na psy

Kraków to podobno jedno z lepiej ocenianych miejsc w Polsce w środowisku tych, którzy żyją z tego co uda się... wysępić lub wyżebrać. Tu podobno jest dużo "dobrych" ludzi, którzy coś dadzą człowiekowi w potrzebie. Nawet jeśli potrzeba ciągnie w stronę monopolu spirytusowego.
Tak więc nawet człowiek (to brzmi dumnie) o twarzy czerwonej jak cegła i zionący oddechem jak składowisko odpadów z gorzelni może tu na ulicy szukać szczęścia. I takowych poszukiwaczy darowanego grosza nie brak na krakowskich ulicach.
Natomiast właściwie już nie widać żebraczek (zawodowych) z dzieckiem na ręku.
Nie wiem czy to akcje policji, straży miejskiej i "opieki" tak podziałały. Bo wykorzystywanie nieletnich do żebractwa chyba podchodzi pod paragraf. Czy też przechodnie stali się obojętni i... przestali dawać.
W każdym bądź razie żebrzących na dziecko już nie uświadczysz na krakowskim bruku. Pojawiła się natomiast metoda na psa. I podobno to działa. Nawet wyjątkowo nieciekawy typ jeśli prosi o wsparcie dla siebie i czworonoga to... od "dobrych" ludzi coś dostanie.
To poczucie empatii wobec zwierząt potrafi przybierać też bardziej "radykalne" formy.
I tak radna SKMK z ramienia PO.NKO Grażyna Fijałkowska zwróciła się do władz miasta Krakowa o utworzenie... "okna życia" dla zwierząt. Intencja niby szczytna ale...
Ale jak sobie przypomnę, że są w "tym kraju" środowiska, które domagały się likwidacji "okien życia", tych prowadzonych przez organizacje kościelne w celu ratowania niechcianych dzieci bo... Bo jest to rzekomo proceder nieludzki (niehumanitarny).

To jakoś mi się dziwnie robi gdzieś w głębi serca.




Objaśnienie:

SKMK - Stołeczno Królewskie Miasto Kraków

wtorek, 29 stycznia 2019

Praca vs Rodzina... Są wartości większe niż to co zwykle się określa jako sukces.

Dopadło mnie... Jak w tej reklamie: "Sprawdź czy nie szukasz".

No więc szukam, choć w pracy (dotychczasowej) wcale nie chcą się mnie pozbyć. Wręcz przeciwnie... Nawet chcą zatrzymać wizją podwyżki. Ale pogodzenie zmian w systemie pracy z tym co czuję jako obowiązek względem rodziny staje się coraz trudniejsze do pogodzenia.

I chyba już za długo zasiedziałem się w jednym miejscu, w wąskiej specjalizacji, w luksusie, że to praca szuka mnie, a nie ja pracy. Nawet aby napisać CV musiałem sobie coś tam w wiedzy odświeżyć. Na szczęście znalezienie szablonu nie jest trudne... Tylko w poradach mi piszą bym jednocześnie pokazał, że nie jestem "szablonowy".

W poradach tych sugerują mi też abym w CV nie pisał o rodzinie... Bo rodzina to moja prywatna sprawa, a nie coś istotnego w procesie rekrutacji. Że może to być źle odebrane przez osoby oceniające moją aplikację...

WTF... Zalecają aby pochwalić się swoimi zainteresowaniami (np czy lubię tańczyć, czy uprawiam jakiś sport itp). Że niby wskazanym jest zaprezentować swój profil także w social media. Podobno jeżeli w CV można się poszczycić przynależnością do stowarzyszeń i/lub organizacji (niekoniecznie branżowych) to też jest "mile widziane".

A co nie jest "mile widziane"?

Wygląda na to, że aplikujący, dla którego rodzina jest wartością  niekoniecznie musi być tym najlepszym kandydatem. Nie w świecie, w którym oczekuje się "ukierunkowania" na sukces, dyspozycyjności i gotowości do "pełnego zaangażowania" w ramach "elastycznego" wymiaru czasu pracy.

Cóż... Są jednak wartości większe niż "oczekiwane wynagrodzenie brutto".


M

sobota, 26 stycznia 2019

Zimna Wojna. Film o miłości zbyt trudnej

O filmie Pawła Pawlikowskiego pt Zimna Wojna (2018) napisano już wiele recenzji, ale ja nie chcę tu kolejnej tworzyć. Film po prostu warto obejrzeć aby poczuć coś o nim samemu...
Dlatego jestem wdzięczny mojej żonie za to, że wczoraj wyciągnęła mnie do małego kina na krakowskim Podgórzu (KinoKawiarnia KIKA) na ten film.
Co by nie mówić... Połączenie doskonałości reżyserskiej z pięknem zdjęć Łukasza Żala oraz siły uczuć płynących z każdej sceny musi robić wrażenie. A to wszystko jeszcze podkreślone muzyką, która trafia do serca i duszy.

Jak już mowa o sercu i duszy to film ten imo jest z gatunku tych, które potrafią wstrząsnąć całym naszym wnętrzem... Z wątrobą włącznie. I nie chodzi mi tu o ilość alkoholu jaki przelewa się w scenach filmowych.

Kiedyś porównałem miłość, która pojawia się miedzy rodzicami a przysposobionym (adoptowanym) dzieckiem do miłości małżeńskiej (Adopcja starszego dziecka jest jak...). Do miłości na styku dwóch różnych światów. Światów czasem rozdzielonych barierą.
Wtedy skupiłem się na nadziei jaką dają przykłady udanych, szczęśliwych małżeństw. Nadziei na to, że miłość może trwale połączyć ludzi. Nawet jeśli już niosą ze sobą bagaż nawyków, doświadczeń i przeżyć kształtowanych w zupełnie innych warunkach. W innych światach...

Film Pawła Pawlikowskiego pokazuje jednak, że uczucie potrafi mocno połączyć ludzi nawet wtedy gdy bariera, która ich dzieli jest Żelazną Kurtyną, a wszystkie próby jej pokonania kończą się fiaskiem. Bo miłość to uczucie obdarzone siłą i mocą, która potrafi budować wbrew przeszkodom losu ale może też bezwzględnie niszczyć tych, którzy wpadli w sidła miłości niespełnionej.