Niestety coraz częściej słyszę jak ktoś publicznie narzeka, że ksiądz (proboszcz) odmówił mu chrztu dziecka. I niestety często jest to powiązane z pomawianiem takiego księdza o brak empatii, nieczułość lub w ogóle o samo zło.
Jako katolik nie mogę biernie wysłuchiwać i przyjmować takich opinii.
Otóż Chrzest to nie jest taki obrzęd "pokropienia wodą". To najważniejszy sakrament w życiu każdego wierzącego, praktykującego chrześcijanina. I sakrament ten powinien być traktowany z godnością oraz należnym szacunkiem.
Tu nie ma miejsca na "widzimisię" rodziców lub księdza. A zasady są określone w Prawie Kanonicznym.
***
Kan. 868 -
§ 1. Do godziwego ochrzczenia dziecka wymaga się:
1° aby zgodzili się rodzice lub przynajmniej jedno z nich, lub ci, którzy prawnie ich zastępują;
2° aby istniała uzasadniona nadzieja, że dziecko będzie wychowane po katolicku; jeśli jej zupełnie
nie ma, chrzest należy odłożyć zgodnie z postanowieniami prawa partykularnego, powiadamiając
rodziców o przyczynie.
§ 2. Dziecko rodziców katolickich, a nawet i niekatolickich, znajdujące się w niebezpieczeństwie
śmierci, jest godziwie chrzczone, nawet wbrew woli rodziców.
Więcej: http://bernardyni-alwernia.pl/wp-content/uploads/2014/04/chrzest.pdf
***
Przed udzieleniem chrztu rodzice dziecka usłyszą pytanie:
O co prosicie Kościół święty?
Jeżeli rodzice będą mogli szczerze i uczciwie odpowiedzieć na takie pytanie to Kościół im chrztu dziecka nie odmówi.
Ale aby szczerze poprosić o wiarę i chrzest dla dziecka i aby istniała uzasadniona nadzieja, że dziecko będzie wychowane po katolicku trzeba by rodzice sami tą wiarą żyli. Bo w przypadku chrztu dziecka ono samo o chrzest nie poprosi i nic samo nie zagwarantuje.
Jeżeli z prośbą przychodzi osoba niepraktykująca (nie przystępuje do sakramentów, nie uczestniczy w mszy) to trudno zakładać, że będzie w stanie dziecku zapewnić katolickie wychowanie. A w takiej sytuacji Kodeks Prawa Kanonicznego nakazuje odłożenie chrztu.
Ale to też nie jest kategoryczna odmowa. Składający prośbę powinien zostać poinformowany o przyczynie "odłożenia chrztu". Jeżeli powody tego "odłożenia" ustaną to może ponownie zwrócić się z prośbą o chrzest.
Chrzest dziecka a sakramentalność związku jego rodziców
Najczęściej słyszę, że "ksiądz odmawia chrztu" gdy rodzice dziecka żyją w związku niesakramentalnym. Nie mają ślubu kościelnego. Ich małżeństwo ma charakter tylko cywilny lub wręcz jest to związek nieformalny.
W przypadku gdy rodzice przemyślą sprawę i zdecydują się na zawarcie związku sakramentalnego (ślub kościelny) to taka przyczyna "odłożenia chrztu" ustaje.
Gorzej gdy dziecko rodzi się w kolejnym związku swoich rodziców. Jeżeli jeden z rodziców lub oboje mieli już zawarty ważny ślub kościelny ale rozwiedli się (rozwód oczywiście wg prawa cywilnego) i/lub zmienili partnera. Tu sprawa się komplikuje. W Kościele rozwodów nie ma.
Dlatego warto też mieć na uwadze, że każda nasza "życiowa" decyzja ma wpływ nie tylko na nasze życie.
wtorek, 13 marca 2018
sobota, 10 marca 2018
Wiosna w ogrodzie
Ale z ziemi zaczęły wychylać swe główki też krokusy i przebiśniegi.
Zdjęcia kwiatów zamieszczam aby był dowód na to, że kwiaty w ogóle tej wiosny były w ogrodzie.
Bo po tym jak dziś biegała tu szóstka dzieciaków... To kwiaty już nie wyglądają tak ładnie. Ale może część się odbije.
Cóż. Dzieci muszą gdzieś biegać. A kwiaty rosły tam gdzie dzieciom biegało się najlepiej.
***
Dzieci nie da się trzymać w izolacji, bez kontaktu z rówieśnikami. Dziecku do szczęścia potrzeba ruchu, zabawy i innych dzieci, z którymi może się swobodnie bawić.
A dzieci, które przebywały przez jakiś czas w Domu Dziecka są przyzwyczajone do zabaw w licznym gronie innych dzieciaków.
piątek, 9 marca 2018
O przyczynach problemów z koncentracją w szkole. Przykład z Niemiec
Jeden z moich ulubionych blogerów Alpejski z Salonu24 napisał ciekawą notkę o przyczynach problemów z koncentracją jakie mają uczniowie współczesnych szkół. A także o tym jakie "nowatorskie" rozwiązania w radzeniu sobie z tym problemem są proponowane dla niemieckich szkół. Oto fragment z jego wpisu:
"Nie od dziś staje się jasne, że postępująca – jak to nazwał Manfred Spitzer – cyfrowa demencja, powoduje u dzieci poważne kłopoty z koncentracją. Co więcej do tego dochodzą kłopoty rodzinne – w niektórych szkołach 70% dzieci pochodzi z rozbitych rodzin, nawet rozbitych wielokrotnie – i brak miłości w domu. Co więcej, w niemieckich szkołach uczy się już kolejne pokolenie dzieci wychowanych „bezstresowo”. Tak więc te dzieci mają już bezstresowo wychowanych dziadków i babcie. Człowiek wychowany bezstresowo nie tylko ma tendencje do zachowań asocjalnych i anarchistycznych, to wydaje się marginesem problemów, jakie tacy ludzie generują w życiu dorosłym. Problemem podstawowym jest nieradzenie sobie z każdą czynnością wymagającą skupienia i obciążającą układ nerwowy wieloma bodźcami wywołującymi reakcję stresową."
Więcej na blogu Lodowcowe Pole:
https://www.salon24.pl/u/alpejski/850631,idioci-nie-lubia-byc-osamotnieni
"Nie od dziś staje się jasne, że postępująca – jak to nazwał Manfred Spitzer – cyfrowa demencja, powoduje u dzieci poważne kłopoty z koncentracją. Co więcej do tego dochodzą kłopoty rodzinne – w niektórych szkołach 70% dzieci pochodzi z rozbitych rodzin, nawet rozbitych wielokrotnie – i brak miłości w domu. Co więcej, w niemieckich szkołach uczy się już kolejne pokolenie dzieci wychowanych „bezstresowo”. Tak więc te dzieci mają już bezstresowo wychowanych dziadków i babcie. Człowiek wychowany bezstresowo nie tylko ma tendencje do zachowań asocjalnych i anarchistycznych, to wydaje się marginesem problemów, jakie tacy ludzie generują w życiu dorosłym. Problemem podstawowym jest nieradzenie sobie z każdą czynnością wymagającą skupienia i obciążającą układ nerwowy wieloma bodźcami wywołującymi reakcję stresową."
Więcej na blogu Lodowcowe Pole:
https://www.salon24.pl/u/alpejski/850631,idioci-nie-lubia-byc-osamotnieni
czwartek, 8 marca 2018
Kryzys demograficzny. Warto o tym rozmawiać
Dwa dni temu miałem okazję obejrzeć w TVP program red. Jana Pospieszalskiego pt. Warto Rozmawiać. Skusiła mnie tematyka. Otóż tego dnia warto było w studiu rozmawiać o kryzysie demograficznym w Polsce. Bo wg cytowanych w programie ekspertów: "Nasz naród wymiera."
Prowadzący oraz goście rozmawiali i szukali przyczyn tego zjawiska. Dlaczego Polacy nie chcą lub boją się mieć dzieci. Dlaczego wielodzietność stała się zdecydowanie "niemodna" w naszym kraju.
Program rozpoczął się od rozmowy z premier Beatą Szydło. Niestety tę część programu odebrałem jak coś w rodzaju laurki dla polityka, który wprowadził w Polsce prorodzinny program Rodzina 500 Plus. Przez chwilę myślałem, że jest to jakaś nieudolna imitacja programów red. Tomasza Lisa z cyklu "Co z tą Polską". Ale do takiego dna jak wywiady red. Lisa z Kazimierzem "Izabell" Marcinkiewiczem jeszcze jednak było daleko.
Druga część programu w mojej ocenie była znacznie ciekawsza. Z przedstawionych grafik mogłem dowiedzieć się jak źle jest z demografią w Polsce. Że w 2015 roku odnotowano w naszym kraju więcej zgonów niż urodzeń. Że według wszelkich dostępnych analiz wskaźniki dzietności oscylują blisko tej granicy, po której społeczność (naród) zaczyna wymierać. Nie następuje odnowa populacji.
Dlaczego tak się dzieje mimo, że Polacy są bardziej zamożni niż kiedyś? - pytał red. Pospieszalski
Ale goście obecni w studio szybko zasygnalizowali, że ten kryzys demograficzny nie jest powiązany wyłącznie z sytuacją ekonomiczną w naszym kraju. Zresztą z pokazywanych infografik też jasno wynikało, że największą liczbę urodzeń odnotowywano w Polsce w latach, które były raczej "głodne i chłodne" (lata 50-te, lata 80-te).
Bardzo spodobała mi się wypowiedź jednej z obecnych w studio Pań, która wskazała na związek małej liczby urodzeń z ogólnym kryzysem trwałości małżeństw i wartości rodzinnych.
Dyskusja była żywa i naprawdę z dużym zaciekawieniem oglądałem tę część programu.
Jako rodzica adopcyjnego interesowało mnie czy i ta tematyka pojawi się w programie. Ale liczba dzieci przysposobionych (adoptowanych) nie wpływa na wskaźniki dzietności. Zatem i w tym programie nie było słowa o dzieciach w pieczy zastępczej i rodzinach adopcyjnych. Może jak kiedyś red. Pospieszalski zajmie się problemem jakości życia dzieci w Polsce lub patologiami w rodzinach to i o tematykę adopcyjną zahaczy. Choć muszę przyznać, że martwi mnie to, że o opiece zastępczej i/lub rodzinach adopcyjnych przypominamy sobie zazwyczaj przy okazji gdy media nagłośnią jakieś patologie lub coś złego wydarzy się w jakiejś rodzinie. Szkoda... Bo o tym też "warto rozmawiać" rzeczowo i bez złych emocji.
Natomiast tak jakby mimochodem red. Pospieszalski wspomniał o dzieciach odbieranych rodzinom. Sugerując jakby dzieci zabierano "dobrym ale biednym" rodzicom. Niestety w mojej ocenie jest to powielanie szkodliwego mitu o funkcjonowaniu Opieki Społecznej w Polsce.
***
Notkę publikuję 8 marca w Dzień Kobiet ale jak imo słusznie zauważyła jedna z Pań w studio TVP:
"Problem dzietności nie dotyczy wyłącznie kobiet."
***
Warto przeczytać też wpis na blogu Czarodziej Nasz pt.: Gdzie się zaczyna patologia?
Prowadzący oraz goście rozmawiali i szukali przyczyn tego zjawiska. Dlaczego Polacy nie chcą lub boją się mieć dzieci. Dlaczego wielodzietność stała się zdecydowanie "niemodna" w naszym kraju.
Program rozpoczął się od rozmowy z premier Beatą Szydło. Niestety tę część programu odebrałem jak coś w rodzaju laurki dla polityka, który wprowadził w Polsce prorodzinny program Rodzina 500 Plus. Przez chwilę myślałem, że jest to jakaś nieudolna imitacja programów red. Tomasza Lisa z cyklu "Co z tą Polską". Ale do takiego dna jak wywiady red. Lisa z Kazimierzem "Izabell" Marcinkiewiczem jeszcze jednak było daleko.
Druga część programu w mojej ocenie była znacznie ciekawsza. Z przedstawionych grafik mogłem dowiedzieć się jak źle jest z demografią w Polsce. Że w 2015 roku odnotowano w naszym kraju więcej zgonów niż urodzeń. Że według wszelkich dostępnych analiz wskaźniki dzietności oscylują blisko tej granicy, po której społeczność (naród) zaczyna wymierać. Nie następuje odnowa populacji.
Dlaczego tak się dzieje mimo, że Polacy są bardziej zamożni niż kiedyś? - pytał red. Pospieszalski
Ale goście obecni w studio szybko zasygnalizowali, że ten kryzys demograficzny nie jest powiązany wyłącznie z sytuacją ekonomiczną w naszym kraju. Zresztą z pokazywanych infografik też jasno wynikało, że największą liczbę urodzeń odnotowywano w Polsce w latach, które były raczej "głodne i chłodne" (lata 50-te, lata 80-te).
Bardzo spodobała mi się wypowiedź jednej z obecnych w studio Pań, która wskazała na związek małej liczby urodzeń z ogólnym kryzysem trwałości małżeństw i wartości rodzinnych.
Dyskusja była żywa i naprawdę z dużym zaciekawieniem oglądałem tę część programu.
Jako rodzica adopcyjnego interesowało mnie czy i ta tematyka pojawi się w programie. Ale liczba dzieci przysposobionych (adoptowanych) nie wpływa na wskaźniki dzietności. Zatem i w tym programie nie było słowa o dzieciach w pieczy zastępczej i rodzinach adopcyjnych. Może jak kiedyś red. Pospieszalski zajmie się problemem jakości życia dzieci w Polsce lub patologiami w rodzinach to i o tematykę adopcyjną zahaczy. Choć muszę przyznać, że martwi mnie to, że o opiece zastępczej i/lub rodzinach adopcyjnych przypominamy sobie zazwyczaj przy okazji gdy media nagłośnią jakieś patologie lub coś złego wydarzy się w jakiejś rodzinie. Szkoda... Bo o tym też "warto rozmawiać" rzeczowo i bez złych emocji.
Natomiast tak jakby mimochodem red. Pospieszalski wspomniał o dzieciach odbieranych rodzinom. Sugerując jakby dzieci zabierano "dobrym ale biednym" rodzicom. Niestety w mojej ocenie jest to powielanie szkodliwego mitu o funkcjonowaniu Opieki Społecznej w Polsce.
***
Notkę publikuję 8 marca w Dzień Kobiet ale jak imo słusznie zauważyła jedna z Pań w studio TVP:
"Problem dzietności nie dotyczy wyłącznie kobiet."
***
Warto przeczytać też wpis na blogu Czarodziej Nasz pt.: Gdzie się zaczyna patologia?
wtorek, 6 marca 2018
"Otwarta adopcja" - Coś jak życie w trójkącie?
W jednej z dyskusji na Salonie24 pod notką "Dzieci vs rodzice" zapytano mnie co sądzę na temat tzw. "otwartej adopcji". Muszę się tu jednak przyznać, że początkowo miałem pewne problemy z tym czy właściwie rozumiem o co chodzi z tą "otwartą adopcją". Na szczęście jest internet i portal parentingowy ChcemyByćRodzicami, tu znalazłem tekst, który w całkiem przejrzysty sposób naświetlił problematykę "otwartej adopcji".
Zatem cóż to jest ta "otwarta adopcja"?
"Otwarta adopcja to taka, w której rodziny biologiczna i adopcyjna mają ze sobą kontakt. Bywa, że ciągły."
Tyle zacytuję z portalu chcemybycrodzicami.pl. Jak ktoś chce przeczytać cały artykuł to link jest: TUTAJ.
---
Niestety nie przypominam sobie aby o takiej formie rodziny adopcyjnej, ktoś w ogóle wspominał podczas kursu i szkoleń dla kandydatów na rodziców adopcyjnych, w których miałem okazję uczestniczyć. Podobno na zachodzie nie jest to jakaś specjalna nowość, ale może nasze polskie Ośrodki Adopcyjne nie chcą straszyć kandydatów informacjami, że takie coś jest w ogóle gdzieś w świecie możliwe.
Wiem, że są rodziny zastępcze (RZ), które funkcjonują tak, że rodzina pochodzenia może kontaktować się z dzieckiem znajdującym się pod opieką tej RZ. Ale to zupełnie inna bajka i właściwie nie ma tu imo co porównywać.
Ale spróbowałem sobie wyobrazić jak mogłaby wyglądać taka "otwarta" rodzina adopcyjna.
A im bardzie próbowałem, tym bardziej uświadamiałem sobie, że jest to coś zupełnie nie do przyjęcia dla mnie. Nie, nie byłbym w stanie przyjąć takiego stanu rzeczy. Nie wyobrażam sobie, że o sprawach wychowawczych lub problemach dziecka mógłbym rozmawiać tak spokojnie przy kawce z "Tą, która miała być jedyną" lub "Tym, który wcześniej bił dziecko bezlitośnie".
Może gdyby chodziło o matkę, która sama zrzekła się praw do swojego dziecka i oddała je do adopcji. Może wtedy wzorem Karoliny (Nasze Bąbelkowo) zdecydowałbym się na napisanie do niej listu. Listu, w którym podziękowałbym jej za to, że starała się oszczędzić dziecku cierpień, że dała mu szansę na szybkie znalezienie nowej rodziny, że ciężar decyzji i odpowiedzialności wzięła na siebie. Ale chyba byłby to tylko taki jeden, jedyny list, bez adresu zwrotnego.
Nie wiem... Może ktoś inny ma do takich pomysłów bardziej przychylne podejście. Dla mnie jest to całkowicie nie do zaakceptowania.
Natomiast całkowicie uznaję prawo dziecka do wiedzy o swoim pochodzeniu. Popieram jawność i szczerość w rozmowach o adopcji w relacji rodzica z dzieckiem. Nie ma zamiaru nic zatajać i chciałbym kiedyś umieć odpowiedzieć na pytania jakie będą zadawać mi córki. Także o tym skąd pochodzą i dlaczego tak wyglądało ich dzieciństwo. Ale nie ma we mnie zgody na życie w "adopcyjnym trójkącie".
***
Mam znajome, których małżeństwa się z różnych powodów rozpadły. Mąż odszedł do innej, a dziecko zostało przy matce. Co jakiś czas taki były mąż pojawia się jako "niedzielny tata". Ma prawo, taką możliwość dostał od sądu.
Niestety wszystkie te znajome narzekają, że po takiej wizycie dziecko jest kompletnie "rozwalone". Takie regularne rozdrapywanie ran.
Nie wiem czy to porównanie jest adekwatne. Ale u mnie takie skojarzenie się pojawiło.
***
W sumie to nie wiem co może być dobrego w "adopcji otwartej". U mnie pojawiły się tylko złe skojarzenia.
No bo jeśli może być "otwarta adopcja" to może też "otwarte małżeństwa", choć może bardziej właściwe byłoby określenie "otwarte związki partnerskie". I co jakiś czas wizyta byłej/byłego tak dla zachowania lub odświeżenia wspomnień.
***
Filmy polecane przez @Babcia
***
Warto też przeczytać:
Adopcja zrywa biologiczne więzi
Fragment:
"Ochrona rodzin adopcyjnych jest szczególnie ważna. Również w Polsce matka biologiczna traci kontakt z oddanymi do adopcji dziećmi, w celu wzmacniania ich więzi z nowymi rodzicami."
Zatem cóż to jest ta "otwarta adopcja"?
"Otwarta adopcja to taka, w której rodziny biologiczna i adopcyjna mają ze sobą kontakt. Bywa, że ciągły."
Tyle zacytuję z portalu chcemybycrodzicami.pl. Jak ktoś chce przeczytać cały artykuł to link jest: TUTAJ.
---
Niestety nie przypominam sobie aby o takiej formie rodziny adopcyjnej, ktoś w ogóle wspominał podczas kursu i szkoleń dla kandydatów na rodziców adopcyjnych, w których miałem okazję uczestniczyć. Podobno na zachodzie nie jest to jakaś specjalna nowość, ale może nasze polskie Ośrodki Adopcyjne nie chcą straszyć kandydatów informacjami, że takie coś jest w ogóle gdzieś w świecie możliwe.
Wiem, że są rodziny zastępcze (RZ), które funkcjonują tak, że rodzina pochodzenia może kontaktować się z dzieckiem znajdującym się pod opieką tej RZ. Ale to zupełnie inna bajka i właściwie nie ma tu imo co porównywać.
Ale spróbowałem sobie wyobrazić jak mogłaby wyglądać taka "otwarta" rodzina adopcyjna.
A im bardzie próbowałem, tym bardziej uświadamiałem sobie, że jest to coś zupełnie nie do przyjęcia dla mnie. Nie, nie byłbym w stanie przyjąć takiego stanu rzeczy. Nie wyobrażam sobie, że o sprawach wychowawczych lub problemach dziecka mógłbym rozmawiać tak spokojnie przy kawce z "Tą, która miała być jedyną" lub "Tym, który wcześniej bił dziecko bezlitośnie".
Może gdyby chodziło o matkę, która sama zrzekła się praw do swojego dziecka i oddała je do adopcji. Może wtedy wzorem Karoliny (Nasze Bąbelkowo) zdecydowałbym się na napisanie do niej listu. Listu, w którym podziękowałbym jej za to, że starała się oszczędzić dziecku cierpień, że dała mu szansę na szybkie znalezienie nowej rodziny, że ciężar decyzji i odpowiedzialności wzięła na siebie. Ale chyba byłby to tylko taki jeden, jedyny list, bez adresu zwrotnego.
Nie wiem... Może ktoś inny ma do takich pomysłów bardziej przychylne podejście. Dla mnie jest to całkowicie nie do zaakceptowania.
Natomiast całkowicie uznaję prawo dziecka do wiedzy o swoim pochodzeniu. Popieram jawność i szczerość w rozmowach o adopcji w relacji rodzica z dzieckiem. Nie ma zamiaru nic zatajać i chciałbym kiedyś umieć odpowiedzieć na pytania jakie będą zadawać mi córki. Także o tym skąd pochodzą i dlaczego tak wyglądało ich dzieciństwo. Ale nie ma we mnie zgody na życie w "adopcyjnym trójkącie".
***
Mam znajome, których małżeństwa się z różnych powodów rozpadły. Mąż odszedł do innej, a dziecko zostało przy matce. Co jakiś czas taki były mąż pojawia się jako "niedzielny tata". Ma prawo, taką możliwość dostał od sądu.
Niestety wszystkie te znajome narzekają, że po takiej wizycie dziecko jest kompletnie "rozwalone". Takie regularne rozdrapywanie ran.
Nie wiem czy to porównanie jest adekwatne. Ale u mnie takie skojarzenie się pojawiło.
***
W sumie to nie wiem co może być dobrego w "adopcji otwartej". U mnie pojawiły się tylko złe skojarzenia.
No bo jeśli może być "otwarta adopcja" to może też "otwarte małżeństwa", choć może bardziej właściwe byłoby określenie "otwarte związki partnerskie". I co jakiś czas wizyta byłej/byłego tak dla zachowania lub odświeżenia wspomnień.
***
Filmy polecane przez @Babcia
***
Warto też przeczytać:
Adopcja zrywa biologiczne więzi
Fragment:
"Ochrona rodzin adopcyjnych jest szczególnie ważna. Również w Polsce matka biologiczna traci kontakt z oddanymi do adopcji dziećmi, w celu wzmacniania ich więzi z nowymi rodzicami."
sobota, 3 marca 2018
Skąd się biorą dzieci?
Moja starsza córka (4 klasa szkoły podstawowej) ma we wtorek sprawdzian z biologii, a właściwie to z przedmiotu nazywanego przyrodą. Traf chciał, że na tym sprawdzianie będzie o... rozmnażaniu człowieka.
Jestem ojcem od nieco ponad roku, a już mam umieć jak rozmawiać z córką o tym "skąd się biorą dzieci". Wydaje mi się, że jestem gotowy do takiej rozmowy ale... Córka niestety (albo "stety") woli rozmawiać o "tych sprawach" z mamą. Cóż... córka też baba. Widocznie rozmowa z drugą "babą" mniej ją krępuje.
Ale rozmowy o tym "skąd się biorą dzieci" to nie tylko problem rodziców i dorastających dzieci.
---
Dorośli ludzie mimo, że doskonale już wiedzą "jak to się robi" czasem niestety tez mają problem z tym aby poradzić sobie z odpowiedzą na tytułowe pytanie: "Skąd się biorą dzieci?"
Gdy dziecka nie ma mimo, że...
No właśnie. Jest chęć, jest z kim i dla kogo, a tu dziecko się nie pojawia. Co gorsza cała nasza wiedza czasem jest niewystarczająca by jasno odpowiedzieć na pytanie: Dlaczego czasem dzieci się nam zwyczajnie nie urodzą?
Mnie i mojej żonie nikt jasno tego nie powiedział. Po prostu musieliśmy uznać fakt bez uzyskania odpowiedzi na pytanie dlaczego tak jest. Cóż... W tej sytuacji można pogrążyć się w "stanie opanowania przez niepłodność" lub szukać innych możliwości realizacji swojego marzenia o rodzicielstwie.
Dziecko nieoczekiwane
Mówi się, że każdy kij ma dwa końce. Zatem nie jest dziw, że skoro są ludzie, którzy nie mogą doczekać się upragnionego potomstwa to będą też tacy, którym dziecko "przytrafia" się przypadkiem, jako nieoczekiwane lub wręcz niechciane. I w tym wypadku cała wiedza o tym "skąd się biorą dzieci" również w większości przypadków zupełnie zawodzi. Bo niby wiedziało się jak, ale stało się to w sumie tak przypadkiem.
Skąd się biorą dzieci w Domach Dziecka?
Z odpowiedzią na to pytanie wielu "uświadomionych" już i całkiem dorosłych ludzi też ma problem.
Sporo z nich myśli, że są to sierotki, których rodzice umarli lub zginęli w wypadkach. A tymczasem takich "biologicznych sierot" jest w Domach Dziecka mniej niż 5%. Większość dzieciaków z DD ma rodziców i rodziny - są sierotami społecznymi.
Dużo ludzi myśli, że w Domach Dziecka znajdują się dzieci, które zabrano rodzinom, które z powodu biedy nie stać było na zapewnienie dziecku właściwych warunków do życia i rozwoju. A brutalna prawda jest taka, że sama bieda nie jest i nie może być powodem do odebrania dziecka rodzicom. Bo choćby nawet tylko z czysto ekonomicznego rachunku państwu nie opłaca się odbierać dzieci poprawnie funkcjonującej rodzinie. Nawet jeżeli taką rodzinę trzeba wspierać zasiłkami. To i tak wyjdzie taniej niż umieszczenie dziecka w placówce opiekuńczo-wychowawczej. Koszt utrzymania dziecka w takiej placówce obciąża podatnika i państwo miesięcznie kwotami rzędu: od 3 do 5 tys. złotych.
Patrz też:
Czy 6 tys. w zasiłkach na dzieci to dużo?
Bieda nie jest wystarczającym powodem do odebrania dziecka
Skąd się biorą dzieci do adopcji?
Odpowiedź na takie pytanie to już naprawdę czasem duży problem.
Tu znów często wraca teoria o dzieciach z biednych rodzin. Widocznie tych, którzy w to wierzą nic nie przekona. Ale o tym już było.
Aby dziecko mogło zostać przysposobione (adoptowane) to muszą być spełnione warunki jakie wymaga prawo. Dziecko ma być, jak to się mówi, "wolne prawnie". Nie wystarczy, że dziecko znajduje się w Domu Dziecka i jego, powołani do tego z natury, rodzice nie zajmują się nim. Aby dziecko mogło trafić do adopcji jego rodzice muszą sami zrzec się praw rodzicielskich lub zostać sądownie tych praw pozbawieni. I w tym warunku prawnym kryje się klucz do odpowiedzi na pytanie skąd się biorą dzieci do adopcji ( przysposobienia) i dlaczego kandydaci na rodziców adopcyjnych tak często słyszą, że dzieci nie ma i trzeba długo czekać. No bo niby dzieci do adopcji nie ma, a tymczasem liczba dzieci w Domach Dziecka i innych formach instytucjonalnej pieczy zastępczej nie maleje (19 tys. w DD).
A tymczasem...
Noworodek do adopcji
Większość par (zdecydowana większość), które decydują się na przysposobienie (adopcję) dziecka liczy na propozycję przyjęcia do rodziny noworodka. Dodajmy, że zdrowego noworodka.
W praktyce, aby taki noworodek mógł trafić do adopcji to jego matka lub oboje rodzice muszą sami zrezygnować z praw rodzicielskich. Jak to się potocznie mówi, muszą go sami "oddać do adopcji".
Bo jak się za odbieranie praw zabierze system. To nawet jeżeli procedura się zacznie tuż po urodzeniu dziecka, to jej koniec może nastąpić już gdy dziecko przestanie być niemowlęciem.
A tak naprawdę osób decydujących się na "oddanie do adopcji" zdrowego niemowlęcia jest niewiele.
Dlaczego? A Ty byś oddał/oddała?
Dzieci starsze
Trudno sobie wyobrazić, że ktoś próbowałby podrzucić kilkuletnie dziecko do "okna życia". Starsze dzieci do placówek opiekuńczo-wychowawczych trafiają najczęściej po interwencji służb (policja, opieka społeczna). Często latami czekają na decyzje określające ich dalszy los. Czekają na powrót do rodzinnego domu, na to, że mama po nie jednak wróci... Czas mija, a młyny systemowe pracują powoli. Procedury się przedłużają. Rodziny nagle przypominają sobie o dziecku, ale z przypomnienia tego wynika tylko wydłużenie procedur i odwlekanie decyzji.
I tak wiele dzieci czeka w Domach Dziecka. A to czekanie często przeciąga się aż do dnia, w którym dziecko przestaje być dzieckiem.
---
Gdy podczas kursu dla kandydatów na rodziców adopcyjnych zapytano mnie: Jak wytłumaczę dziecku skąd i dlaczego trafiło do rodziny?
Odpowiedziałem, że:
Tak jakbym tłumaczył skąd w ogóle biorą się dzieci...
Tak więc czas na moją rozmowę o tym skąd się biorą dzieci jeszcze przyjdzie.
Jestem ojcem od nieco ponad roku, a już mam umieć jak rozmawiać z córką o tym "skąd się biorą dzieci". Wydaje mi się, że jestem gotowy do takiej rozmowy ale... Córka niestety (albo "stety") woli rozmawiać o "tych sprawach" z mamą. Cóż... córka też baba. Widocznie rozmowa z drugą "babą" mniej ją krępuje.
Ale rozmowy o tym "skąd się biorą dzieci" to nie tylko problem rodziców i dorastających dzieci.
---
Dorośli ludzie mimo, że doskonale już wiedzą "jak to się robi" czasem niestety tez mają problem z tym aby poradzić sobie z odpowiedzą na tytułowe pytanie: "Skąd się biorą dzieci?"
Gdy dziecka nie ma mimo, że...
No właśnie. Jest chęć, jest z kim i dla kogo, a tu dziecko się nie pojawia. Co gorsza cała nasza wiedza czasem jest niewystarczająca by jasno odpowiedzieć na pytanie: Dlaczego czasem dzieci się nam zwyczajnie nie urodzą?
Mnie i mojej żonie nikt jasno tego nie powiedział. Po prostu musieliśmy uznać fakt bez uzyskania odpowiedzi na pytanie dlaczego tak jest. Cóż... W tej sytuacji można pogrążyć się w "stanie opanowania przez niepłodność" lub szukać innych możliwości realizacji swojego marzenia o rodzicielstwie.
Dziecko nieoczekiwane
Mówi się, że każdy kij ma dwa końce. Zatem nie jest dziw, że skoro są ludzie, którzy nie mogą doczekać się upragnionego potomstwa to będą też tacy, którym dziecko "przytrafia" się przypadkiem, jako nieoczekiwane lub wręcz niechciane. I w tym wypadku cała wiedza o tym "skąd się biorą dzieci" również w większości przypadków zupełnie zawodzi. Bo niby wiedziało się jak, ale stało się to w sumie tak przypadkiem.
Skąd się biorą dzieci w Domach Dziecka?
Z odpowiedzią na to pytanie wielu "uświadomionych" już i całkiem dorosłych ludzi też ma problem.
Sporo z nich myśli, że są to sierotki, których rodzice umarli lub zginęli w wypadkach. A tymczasem takich "biologicznych sierot" jest w Domach Dziecka mniej niż 5%. Większość dzieciaków z DD ma rodziców i rodziny - są sierotami społecznymi.
Dużo ludzi myśli, że w Domach Dziecka znajdują się dzieci, które zabrano rodzinom, które z powodu biedy nie stać było na zapewnienie dziecku właściwych warunków do życia i rozwoju. A brutalna prawda jest taka, że sama bieda nie jest i nie może być powodem do odebrania dziecka rodzicom. Bo choćby nawet tylko z czysto ekonomicznego rachunku państwu nie opłaca się odbierać dzieci poprawnie funkcjonującej rodzinie. Nawet jeżeli taką rodzinę trzeba wspierać zasiłkami. To i tak wyjdzie taniej niż umieszczenie dziecka w placówce opiekuńczo-wychowawczej. Koszt utrzymania dziecka w takiej placówce obciąża podatnika i państwo miesięcznie kwotami rzędu: od 3 do 5 tys. złotych.
Patrz też:
Czy 6 tys. w zasiłkach na dzieci to dużo?
Bieda nie jest wystarczającym powodem do odebrania dziecka
Skąd się biorą dzieci do adopcji?
Odpowiedź na takie pytanie to już naprawdę czasem duży problem.
Tu znów często wraca teoria o dzieciach z biednych rodzin. Widocznie tych, którzy w to wierzą nic nie przekona. Ale o tym już było.
Aby dziecko mogło zostać przysposobione (adoptowane) to muszą być spełnione warunki jakie wymaga prawo. Dziecko ma być, jak to się mówi, "wolne prawnie". Nie wystarczy, że dziecko znajduje się w Domu Dziecka i jego, powołani do tego z natury, rodzice nie zajmują się nim. Aby dziecko mogło trafić do adopcji jego rodzice muszą sami zrzec się praw rodzicielskich lub zostać sądownie tych praw pozbawieni. I w tym warunku prawnym kryje się klucz do odpowiedzi na pytanie skąd się biorą dzieci do adopcji ( przysposobienia) i dlaczego kandydaci na rodziców adopcyjnych tak często słyszą, że dzieci nie ma i trzeba długo czekać. No bo niby dzieci do adopcji nie ma, a tymczasem liczba dzieci w Domach Dziecka i innych formach instytucjonalnej pieczy zastępczej nie maleje (19 tys. w DD).
A tymczasem...
Noworodek do adopcji
Większość par (zdecydowana większość), które decydują się na przysposobienie (adopcję) dziecka liczy na propozycję przyjęcia do rodziny noworodka. Dodajmy, że zdrowego noworodka.
W praktyce, aby taki noworodek mógł trafić do adopcji to jego matka lub oboje rodzice muszą sami zrezygnować z praw rodzicielskich. Jak to się potocznie mówi, muszą go sami "oddać do adopcji".
Bo jak się za odbieranie praw zabierze system. To nawet jeżeli procedura się zacznie tuż po urodzeniu dziecka, to jej koniec może nastąpić już gdy dziecko przestanie być niemowlęciem.
A tak naprawdę osób decydujących się na "oddanie do adopcji" zdrowego niemowlęcia jest niewiele.
Dlaczego? A Ty byś oddał/oddała?
Dzieci starsze
Trudno sobie wyobrazić, że ktoś próbowałby podrzucić kilkuletnie dziecko do "okna życia". Starsze dzieci do placówek opiekuńczo-wychowawczych trafiają najczęściej po interwencji służb (policja, opieka społeczna). Często latami czekają na decyzje określające ich dalszy los. Czekają na powrót do rodzinnego domu, na to, że mama po nie jednak wróci... Czas mija, a młyny systemowe pracują powoli. Procedury się przedłużają. Rodziny nagle przypominają sobie o dziecku, ale z przypomnienia tego wynika tylko wydłużenie procedur i odwlekanie decyzji.
I tak wiele dzieci czeka w Domach Dziecka. A to czekanie często przeciąga się aż do dnia, w którym dziecko przestaje być dzieckiem.
---
Gdy podczas kursu dla kandydatów na rodziców adopcyjnych zapytano mnie: Jak wytłumaczę dziecku skąd i dlaczego trafiło do rodziny?
Odpowiedziałem, że:
Tak jakbym tłumaczył skąd w ogóle biorą się dzieci...
Tak więc czas na moją rozmowę o tym skąd się biorą dzieci jeszcze przyjdzie.
czwartek, 1 marca 2018
Mróz i suche powietrze a zdrowie dziecka
W nocy (około 1.00) obudził mnie głośny kaszel młodszej córki. Tak głośny, że mógłby obudzić niedźwiedzia w zimowym letargu.
Pierwsza moja myśl skierowała się w stronę zmartwienia czy to aby nie jakaś choroba przyplątała się do mojej córeczki. A tak dobrze znosiła dotychczas tę niezbyt korzystną dla zdrowia zimę.
Ale następna moja myśl kazała mi szukać wody do picia bo gardło sam czułem podrażnione i przeraźliwie spragnione łyku wody.
Może ta suchość powietrza w mieszkaniu szkodzi nie tylko mnie, ale powoduje też kaszel u mojego dziecka? - pomyślałem
Sprawdziłem, że córka nie ma oznak podwyższonej temperatury i przyniosłem mokry ręcznik, który rozwiesiłem na grzejniku w jej pokoju.
Reszta nocy upłynęła spokojnie. Bez napadów głośnego kaszlu dziecka.
***
Rano wyszedłem aby uruchomić samochód. Po mroźnej nocy silnik wystartował z głośnym i rozpaczliwym rzężeniem, ale szyb nie musiałem właściwe skrobać bo przy tak suchym powietrzu niewiele lodu powstało przez noc na szybie.
Wskaźnik temperatury w samochodzie pokazywał -22 C
***
Taka temperatura sprawia, że już naprawdę zaczynamy się bać o zdrowie dzieci i swoje własne. Ale czasami zapominamy, że sam mróz w normalnych warunkach nam aż tak bardzo nie szkodzi. Jest ryzyko wychłodzenia, ale przed nim łatwo się zabezpieczyć. Wystarczy odpowiednia odzież i ograniczenie czasu przebywania poza budynkiem.
Niestety zmaganie z zimnem osłabia organizm. A to już rzeczywiście może otwierać drogę różnym chorobom. Zatem trzeba pilnować też właściwej diety i nie ma tak, że dziecko może iść do szkoły bez zapewnienia odpowiedniego posiłku w ciągu dnia. Młody organizm musi dostać właściwą porcję kalorii. A tego nie zapewnią słodycze i czipsy.
Jest zimno więc odruchowo podkręcamy piec lub regulatory na grzejnikach. Ale komfort w mieszkaniu to nie tylko temperatura. Trzeba też zapewnić odpowiednią wilgotność powietrza. Bo przesuszona śluzówka nosa i gardło są bardzie podatne na to co roznosi się drogą kropelkową. A nie czarujmy się: Od zarazków nie da się całkiem odizolować.
Ale miejmy nadzieję, że te mrozy już szybko miną. Bo śniegu i tak za mało, a już powoli zaczynały u mnie krokusy wschodzić. I karma dla ptaków się kończy :(
Pierwsza moja myśl skierowała się w stronę zmartwienia czy to aby nie jakaś choroba przyplątała się do mojej córeczki. A tak dobrze znosiła dotychczas tę niezbyt korzystną dla zdrowia zimę.
Ale następna moja myśl kazała mi szukać wody do picia bo gardło sam czułem podrażnione i przeraźliwie spragnione łyku wody.
Może ta suchość powietrza w mieszkaniu szkodzi nie tylko mnie, ale powoduje też kaszel u mojego dziecka? - pomyślałem
Sprawdziłem, że córka nie ma oznak podwyższonej temperatury i przyniosłem mokry ręcznik, który rozwiesiłem na grzejniku w jej pokoju.
Reszta nocy upłynęła spokojnie. Bez napadów głośnego kaszlu dziecka.
***
Rano wyszedłem aby uruchomić samochód. Po mroźnej nocy silnik wystartował z głośnym i rozpaczliwym rzężeniem, ale szyb nie musiałem właściwe skrobać bo przy tak suchym powietrzu niewiele lodu powstało przez noc na szybie.
Wskaźnik temperatury w samochodzie pokazywał -22 C
***
Taka temperatura sprawia, że już naprawdę zaczynamy się bać o zdrowie dzieci i swoje własne. Ale czasami zapominamy, że sam mróz w normalnych warunkach nam aż tak bardzo nie szkodzi. Jest ryzyko wychłodzenia, ale przed nim łatwo się zabezpieczyć. Wystarczy odpowiednia odzież i ograniczenie czasu przebywania poza budynkiem.
Niestety zmaganie z zimnem osłabia organizm. A to już rzeczywiście może otwierać drogę różnym chorobom. Zatem trzeba pilnować też właściwej diety i nie ma tak, że dziecko może iść do szkoły bez zapewnienia odpowiedniego posiłku w ciągu dnia. Młody organizm musi dostać właściwą porcję kalorii. A tego nie zapewnią słodycze i czipsy.
Jest zimno więc odruchowo podkręcamy piec lub regulatory na grzejnikach. Ale komfort w mieszkaniu to nie tylko temperatura. Trzeba też zapewnić odpowiednią wilgotność powietrza. Bo przesuszona śluzówka nosa i gardło są bardzie podatne na to co roznosi się drogą kropelkową. A nie czarujmy się: Od zarazków nie da się całkiem odizolować.
Ale miejmy nadzieję, że te mrozy już szybko miną. Bo śniegu i tak za mało, a już powoli zaczynały u mnie krokusy wschodzić. I karma dla ptaków się kończy :(
Subskrybuj:
Posty (Atom)
